"Trzy na jeden".


Chybotliwy ponton sunął w całkowitej ciemności wzdłuż brzegu Santa Luci. Pierwszy raz mieliśmy uczestniczyć w typowej piątkowej zabawie mieszkańców niewielkiej osady przy zatoce L’Anse la Raye. Płyniemy z przepięknej zatoczki Marigot Bay gdzie na beczce spokojnie buja się nasz katamaran. Nie jestem zadowolony z tej podróży bo ponton jest przeciążony i co chwila słone bryzgi moczą nasze ubrania.

Kiedy podpływamy do długiego molo u celu naszej podróży, a wysokie, długie fale przyboju już do końca moczą nas do ostatniej suchej nitki zdecydowanie, może nawet zbyt mocno zwracam uwagę naszemu skiperowi, że to nie była bezpieczna podróż. Przeprasza nas i obiecuje w drodze powrotnej załatwić większą łódź.

Wychodzimy na brzeg i nastrój załogi zmienia się diametralnie. Gwar, muzyka, i tańczący ludzie zachęcają nas do wtopienia się w ten wilgotny, ciepły i aromatyczny nastój karaibskiej nocy. Z dziesiątków małych straganików rozchodzą się kuszące zapachy setek potraw przygotowanych na dzisiejszą noc.

Umawiamy się, że na początku rozdzielimy się i będziemy próbować różnych smaków, by potem wybrać to, co nam najbardziej przypadnie do gustu. Co chwila fotografuję mijane postacie. Rozmawiam z dorosłymi, dziećmi, tańczę, uśmiecham się tak jak wszyscy wkoło, daję się unosić rytmicznej muzyce dobiegającej z dziesiątków kolumn porozstawianych wzdłuż straganów. Sporo turystów zgromadziło się przy jednym z nich, gdzie w olbrzymich stalowych garnkach i na zielonych liściach bananowca wyłożono potężne, świeżo gotowane czerwone homary. Próbuję ich razem z innymi i znowu robię zdjęcia.

Trochę dalej, przy składanym plażowym stoliku grupka mężczyzn emocjonuje się grą w domino. Grają na pieniądze. Podchodzę i przyglądam się chwilę. Spostrzegam, że obok na wpół zagrzebana w piachu leży kostka domina. Podnoszę ją i przyglądam się uważnie. Nikt z grających nie spostrzega, że brakuje im jednego elementu – małej kostki. Może są zbyt odurzeni błękitnym dymem, może pochłonął ich amok hazardu. Poza grą nic ich nie interesuje. Robię im jeszcze kilka zdjęć i choć flesz błyska im prosto w twarze nie odrywają się od swojej gry. Niespodziewanie, dość zdecydowanie zaaferowany Mariusz odwołuje mnie na drugą stronę uliczki i razem zaczynamy uczyć się grać na wspaniale wyprofilowanej beczce po oleju napędowym z którego zrobiono perkusyjne steel drumy.

Z tyłu za nami słychać podniesione głosy. To mężczyźni grający w domino kłócą się pomiędzy sobą. Chyba ktoś kogoś oszukał. Dość szybko elegancko ubrani miejscowi policjanci uciszają całe to zamieszanie. Festyn trwa nadal ale my trochę zniesmaczeni całą tą awanturą, narzekając na upał i parną atmosferę przesiąkniętą niebieskim, narkotycznym dymem postanowiliśmy wcześniej wrócić na Jacht. Jeszcze kilkanaście minut kołysaliśmy się z innymi w rytmach reage, zjedliśmy kilka tutejszych przysmaków i koło północy całą załogą ruszyliśmy ku zatoce.

Przy długim molo czekała na nas inna, większa i szybsza, niewątpliwie bezpieczniejsza łódź.

Wracając wzdłuż brzegu z piątkowego festynu wpatrywaliśmy się w spienione odkosy biegnące od dziobu łodzi. Zaintrygowany obserwowałem świetlne iskry, które od pewnego czasu zaczęły pojawiać się w wodzie. Rozpierzchające się od dziobu mikrometeory otaczały całą łódkę. Zapalały się dosłownie na ułamek sekundy. Gdy spoglądało się do tyłu, widać było jak rozświetlają nasz kilwater. Wyglądało to jakbyśmy ciągnęli za sobą ni to błękitny, ni to zielony, nawet nie żółty, rozfalowany ogon, który strzępiąc się, po kilkunastu metrach gasł i zamieniał się w zwykłą, spienioną pędem łodzi wodę Morza Karaibskiego. Tak szliśmy zapatrzeni w to widowisko blisko brzegu, niedaleko już naszej zatoczki.

Kiedy w ciszy nocy przesiadamy się z tubylczej łódki na nasz jacht, Marigot Bay niezauważalnie otacza nas duszną, bezwietrzną czernią. Po chwili trzymam w ręce jakiś chłodny drink, wymieniam z załogą kilka zdań podsumowania z nocnej wyprawy i oczekując orzeźwienia wskakuję z rufy do chłodnej wody. Z zamkniętymi oczami, spokojnie czekam aż przestanę się zanurzać i słona woda zacznie delikatnie wypierać mnie ku górze. Kiedy morze wypluwa mnie na powierzchnię, biorę głęboki oddech, przecieram ze słonych kropel oczy i w bezruchu pozwalam unosić się wodzie. Wtedy, niespodziewanie świetlne iskry powracają. Kiedy tylko rozgarniam przed sobą rekami wodę widzę całkiem wyraźnie, powołane do życia – tylko na krótką chwilę iskrzące ziarenka. Wołam do innych, by wskoczyli do wody i razem ze mną rozkoszowali się tym nieziemskim widokiem. Miriady żyjątek, mniejszych od pyłu koralowego, o niewidocznych dla naszych oczu przeźroczystych, galaretowatych ciałkach, rozświetlało smużystą poświatą każde zafalowanie. Trwaliśmy tak zatopieni w chłodnej, słonej wodzie i ciszy tej niesamowitej nocy, mąconej tylko ruchem naszych ciał. Zauroczeni, kreśliliśmy wokół siebie ramionami, dłońmi, stopami, wreszcie całym ciałem świetliste esy floresy. Ci, którzy stali na jachcie obserwowali w zachwycie ten świetlny balet, i po chwili, ciągnieni nieodpartą chęcią zakosztowania tej rozkoszy schodzili po drabince do wody. Trwało to przeszło godzinę. Czas zatrzymał się dla nas w tej zatoczce. Minuty pulsowały w rytm kolorowych rozbłysków i zdawały się trwać bez końca. Próbowaliśmy przyjrzeć się co to za żyjątka sprawiają nam taki spektakl ale nikomu się to nie udało. Tylko ruch pobudzał schowane w gdzieś w wodzie światło do życia, tylko nasze nasz stopy, tylko nasze dłonie wywoływały te świetliste smużenia.

Nigdzie i nigdy więcej nie zaobserwowaliśmy tego zjawiska. Wolno posuwaliśmy się wzdłuż poszarpanych zatoczkami brzegów kolejnych wysp. Za każdym razem mijając którąś z nich zastanawiałem się jaką tajemnicę skrywa, i czy pozwoli nam jej doznać. Bo nie wystarczy dotrzeć do jakiegoś miejsca, nie wystarczy tam być. Trzeba to zrobić w tym jednym możliwym momencie by tajemnica mogła się ujawnić, uwolnić z twardej skorupy niewiedzy. Trzeba być gotowym na jej przyjęcie, świadomym jej istnienia, ufnym, otwartym na lśnienie. Wymaga to dziecięcej wrażliwości poznania i czasu… by móc zatrzymać się na dłużej w jakimś miejscu, w jakiejś chwili.

Ktoś pytał mnie kiedyś czemu żegluję. Nie potrafiłem wtedy sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Teraz chyba już wiem. Od zawsze wolałem jazdę rowerem od pędu samochodu, czy wyprawę zwykłym drabiniastym wozem, ciągnionym przez zwykłego – a nie mechanicznego konia, niż pędzący pociąg.

Trzeba czasu by otoczenie wsiąkło w twoje oczy skórę, by zapachy które Cię otaczają przeniknęły przez ubranie i uwięzły w kształcie gotowego wspomnienia gdzieś w historii Twojego życia. Gdy żeglujesz masz na to wszystko czas, dużo czasu. I… jeszcze jedno, żeglując, spacerując, jadąc rowerem, nawet konno, możesz wszystkie kolejne obrazy ułożyć w logiczną całość z końcem i początkiem, a nade wszystko masz czas by zatrzymać się gdy coś szczególnie przykuje Twoją uwagę. Tak odnajduje się te maleńkie, niewidoczne z początku światy wspaniałe – nie zawsze błyszczące i głośne.

Jedna z moich Córek – Ewa potrafiła długimi minutami przypatrywać się, kucając na leśnej, piaszczystej dróżce, pracy mrówek, oglądać małe kamyczki z różnych stron albo zastanawiać się nad świeżo wykopanymi na wiosennym trawniku kopcami kretów. Kiedyś zapytała – tato – czy tam mieszkają kretyni?

Ta dociekliwość pozostała jej do dzisiaj i kiedy gdzieś razem żeglujemy, zwiedzamy, dokumentujemy i fotografujemy – jej zdjęcia oglądane potem w domowym zaciszu pokazują nam to co pominęliśmy, to czego nie zauważyliśmy, to nad czym nie przyszło nam się chwilę dłużej zatrzymać. Za każdym razem ogarnia mnie wtedy zdziwienie – jak wiele różnych wspomnień każde z nas potrafi przywieźć z tej samej podróży, choć płyniemy tą samą łódką, ten sam kilwater pozostaje za nami, tymi samymi drogami wędrujemy. Żałuję wtedy, że tak wiele zdarzeń umyka naszej świadomości…

Nieoczekiwane zakończenie nocnej wizyty na karaibskim festynie znalazło swój finał w czasie odprawy celno paszportowej w Forte de France, kiedy wracając już do Polski przechodziłem przez bramkę bezpieczeństwa na lotnisku Lamentin. Jak zwykle, bardzo dokładnie pozbyłem się wszystkich „niebezpiecznych” szpejów z kieszeni, otworzyłem plecaczek z aparatem, wyjąłem laptopa z przenośnej torby, zdjąłem nawet pasek z metalową klamrą, który tak jak okulary położyłem na taśmociągu z bagażem podręcznym i spokojnie przechodziłem z niewinnym spojrzeniem przez bramkę.

Nagle, zwykle spokojna bramka zawyła piskliwym alarmem. Zacząłem nerwowo macać się po kieszeniach, czy przypadkiem jakiś metalowy drobiazg nie zawieruszył się gdzieś w zakamarkach spodni. Ze zdziwieniem rozłożyłem ręce w ogólnoświatowym geście „a bo ja wiem…” i powtórnie przeszedłem przez bramkę. Ten sam jazgot spowodował baczniejsze spojrzenia na moją osobę czarnych gentelmanów z ochrony. Teraz stałem już na rozstawionych szeroko nogach, z podniesionymi rękoma, a funkcjonariusz w gumowych rękawiczkach metalowym czujnikiem bardzo dokładnie sprawdzał całą moją osobę. Gdy czujnik zbliżył się do mojej prawej kieszeni wydał dumny pisk. Kiedy sprawdzałem, poproszony o opróżnienie kieszeni, jej zawartość, ze zdumieniem ujrzałem niewielki, prostokątny, płaski kawałek plastiku z zardzewiałymi punktami i kropkami. Ochrona bardzo dokładnie sprawdzała, opukiwała i przyglądała się tej magicznej kostce. Wreszcie zdziwieni, oddali mi tajemniczy przedmiot z lekceważącym uśmiechem i komentarzem w stylu, - „co też turyści mogą wozić w kieszeniach”.

W taki oto trochę nietypowy sposób zardzewiała od wszech ogarniającej wilgoci kostka domina pozwoliła zrozumieć mi to nagłe zamieszanie wtedy, kiedy tamtej nocy, nieświadomie schowałem ją do kieszeni właśnie tych krótkich spodenek, które miałem teraz na sobie.

Mam ją do dzisiaj. Wyczyściłem z rdzy metalowe kropki kostki domina. Teraz już wiem, że taka mała kostka potrafi domknąć całą, zdawałoby się zagadkową historię, jak ostatni kawałek karaibskich puzli. Zwykła kostka - trzy kropki i jedna kropka. Musi tylko pojawić się w grze, w tym jednym, jedynym możliwym momencie i miejscu.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2014