"Góra i miód"




Stoję oparty o chropowaty pień drzewa. Jego potężne konary giną gdzieś w górze w zielonej plątaninie olbrzymich liści, kłębów lian i delikatnej mgiełki sączącej się pomiędzy drzewami. Nasycony wilgocią do granic możliwości tropikalny las otacza nas zewsząd. Gąszcz zamyka się nad nami potężnym, zielonym sklepieniem odcinając nas od stale zachmurzonego nieba. Chwilę odpoczywam i idę dalej. Ostrożnie stąpając po śliskiej ścieżce meandrującej wzdłuż zbocza mozolnie schodzimy ze szczytu wulkanicznej góry. Niespodziewanie jest bardzo cicho. Odgłosy naszych kroków tłumione są przez butwiejące liście zalegające ścieżkę. Co chwila przekraczamy małe strumyczki pojawiające się srebrzystymi nitkami wśród brązów i szarości podłoża.

Nagle, nad naszymi głowami słyszymy głuche uderzenia setek tysięcy ciężkich kropel. Oczekujemy deszczu ale żadna z kropel nie dociera na ziemię. Stoimy z podniesionymi głowami wypatrując choćby najmniejszych oznak ulewy. Słyszymy jak wysoko ponad widocznym sklepieniem lasu nawałnica się nasila. Mierząc zjawiska przyrody europejską miarą to już prawdziwe oberwanie chmury, choć tak naprawdę, tutaj, - to zwykły tropikalny deszcz. Prawie widzę jak olbrzymie krople wypłukane z passatu, tam wysoko, rozbryzgują się na niewielkie drobiny uderzając w grube zielone, potężne liście będące rozpostartym nad naszymi głowami żywym parasolem. Z liścia na liść, coraz niżej deszcz przykleja się do pni drzew i po nich jak olbrzymimi rynnami dociera do ziemi. Te drobiny deszczu, którym udało się przemknąć pośród najwyższych pięter lasu wyłapywane są przez rozłożone niżej długie i szerokie liście niższych krzewów po których spływają do grubych łodyg lub zbierane są w małych pochewkach, podłużnych pojemnikach u nasady liści przez takie choćby drzewo wędrowników.

W zapachy wilgoci i butwiejącej roślinności niespodziewanie zakrada się jakiś inny, znany mi, właściwie swojski zapach. Pasuje do otaczającego nas świata jak ambra do najlepszych perfum. Wokół unosił się, a właściwie płożył po ziemi prawie niewidoczny, niebieskawy dym z ogniska. Nie, to nie był dym z trzaskającego olbrzymimi iskrami ognia, to był stłumiony, chłodny dym z jakiejś chyba domowej wędzarni.

– To już blisko – usłyszeliśmy wesoły głos naszego przewodnika, który z lubością, głęboko do płuc wciągał wilgotne, zadymione powietrze, jakby wiedział że za chwilę spotka go jakaś miła niespodzianka. Z dosyć wygodnej ścieżki odbijamy niespodziewanie w bok. Kilka chwil przedzieramy się przez gęste zarośla i wychodzimy na niewielką polanę. Przekraczamy strumień po płaskich głazach ułożonych na kształt mostka i w reszcie widzimy dlaczego przewodnik przyprowadził nas tutaj.

Muszę dodać, że przewodnika znam od kilku lat i nigdy nie proponował mi wyprawy w to miejsce. Dopiero w tym roku po długiej, nocnej rozmowie kiedy rozchodziliśmy się z tawerny na jachty Maurycio konfidencjonalnie zniżając głos powiedział:

-- Mam dla ciebie niespodziankę. Jutro zabiorę cię w miejsce gdzie turyści nie docierają – i cicho, prawie szeptem dodał -- to jest miejsce tylko dla przyjaciół. Zaprowadzę cie do ogrodu Antonio.

Wyobraźcie sobie soczystą zieleń pokropioną sokiem z limonki z dodatkiem delikatnej tęczowej mgiełki chłodu, poprzetykaną tysiącem kolorowych szkiełek w kształcie kwiatów. Takie było moje pierwsze skojarzenie gdy ujrzałem ten ogród.

Dym który zasnuwał cała okolicę ulatywał znad niewielkiej chatynki posadowionej na środku polany. W jej drzwiach przywitał nas Antonio. Jedyny właściciel tej posiadłości. Ciemna skóra, krótko przystrzyżone czarne, kręcone włosy i zadziwiająco błękitne oczy. Jak się później dowiedziałem, jego mamą była Europejka, która pokochała Karaiba –m ojca Antonio i została już tu z nim na stałe. To dzięki niej obok domu rosły olbrzymie krzewy rozmarynu i lawendy niespotykanej na karaibskich wyspach. To ona założyła ogród pośrodku zbocza olbrzymiej, wulkanicznej góry. Tutaj, na wysokości prawie ośmiuset metrów mogła egzystować w znośnych dla europejczyka temperaturach, a mały wodospad na zboczu góry dawał dodatkowe ochłodzenie i łagodził klimat wokół domu.

Antonio zajmował się także łowieniem ryb, i jako chyba jedyny Karaib którego poznałem nie mieszkał na brzegu morza tylko codziennie wspinał się prawie kilometr w górę do domu i wspaniałego ogrodu w którym uprawiał chyba wszystkie możliwe w tych szerokościach owoce i warzywa.

Pokazywał nam olbrzymie, słodkie melony, które od razu ścięte prosto z czerwonej, żelazistej ziemi podnosił i dzielił pomiędzy naszą załogę. Zrywała z drzew grapefruity słodsze od pomarańczy ale z niesamowicie mocnym grejpfrutowym aromatem, których gęsty sok spływał po naszych brodach. Czerwone pomarańcze ze skórką nakrapianą jak u bożej krówki. Najmniejsze ale i najbardziej smakowite banany rosły dosłownie za domkiem, tak że mogliśmy wychylić się przez okno i wyrywać je pojedynczo z olbrzymich kiści zwieszonych z bananowca.

Widać było w tym ogrodzie zamysł jego projektantki. Rośliny rosły w najdogodniejszych dla człowieka miejscach albo by upiększyć otoczenie jak te olbrzymie orchidee oplatające drzewa pomarańczy przy wejściu do domu, albo jak dziesiątki różnych rodzajów palm by wytyczyć ścieżki, którymi leniwie spacerowaliśmy po całym ogrodzie.

Największą niespodzianką i zaskoczeniem okazały się jednak ule i krzaki pomidorów. Z początku myślałem, że obok domu stoi altana obrośnięta tropikalnym bluszczem, ale kiedy Antonio wprowadził nas do środka okazało się, że to pomidorowy raj. Krzaki pomidorów były tak prowadzone, że wszystkie owoce pomidorów te już dojrzałe i te jeszcze zielone były eksponowane tylko od środka kolistego szpaleru. Na ziemi zobaczyliśmy grube, bezlistne spirale, grubych, pokręconych pomidorowych łodyg ułożone po okręgu średnicy dziesięciu metrów, a owocujące, ulistnione, cieńsze łodygi podwieszone do kolistego rusztowania z bambusa. Pomidor rósł, łodyga wydłużała się, a jej czubek stale nowy podwieszany był coraz dalej po pewnym czasie wykonując pełen obrót wokół okręgu. Dół łodygi pozbawianych liści układany był na ziemi, tak że z kilkudziesięciu krzaków powstawał zielony mur owocujących do wewnątrz tej konstrukcji pomidorów.

-- To już czwarty rok tak bez przerwy je prowadzę – dumnie wskazując wkoło ręką oznajmił Antonio. – Z zewnątrz nie widać czerwonych owoców, to utrzymują się dłużej, nikt nie podejrzewa że takie tomatos są w środku – szczerze uśmiechnął się do nas Antonio, -- a jak sami widzicie tu nie ma ogrodzeń.

Oczywiście to mama nauczyła go takiego sposobu prowadzenia hodowli w klimacie w którym pomidory mogą owocować stale. Smakowały przepysznie, rwane prosto z krzaka, rozkrawane na cztery części, posypywane grubą morską solą.

Za pomidorową, zieloną wyspą pokazano nam tutejsze ule. Wydłubane z grubych pni palm, podwieszone do gałęzi drzew pomarańczy leniwie kołysały się delikatnych podmuchach pasatu, któremu udało przedrzeć się przez ostre szczyty wulkanicznych gór. Rzeczywiście do tego miejsca nie docierał już pył wodny z wodospadu i olbrzymie, wydawałoby się leniwe pszczoły mogły spokojnie pracować wśród tysięcy kwiatów ogrodu. Aromat uwalniany późnym popołudniem, właśnie wtedy kiedy dotarliśmy tutaj porównałbym do słodkiej symfonii wszystkich upojnych zapachów świata, które poznałem. Pomyślałem wtedy, że miód tworzony tutaj musi być … niebiańskiego smaku i aromatu. Niestety do zbioru brakowało jeszcze dwa tygodnie. Właśnie kończył się luty, a my musieliśmy oddać za dwa dni na Martynice jacht. Antonio obiecał, że przyśle mi do Polski słoiczek tego specjału, specjalnie sporządzony z mieszanki miodowej tej łąki, kwiatu mango, pomarańczy i kiwi. Skąd on tutaj wziął kwiat kiwi pozostanie dla mnie tajemnicą. Powiedział jeszcze, że kolor i przeźroczystość miodu można przyrównać do jasnego bursztynu, co też jasno pokazywało jak wiele przekazała mu jego mama.

Kiedy zaproszeni do środka domku, popijając chłodną wodę z wodospadu zaprawioną limonką i miętą rozmawialiśmy jak to zwykle bywa o życiu, za oknem, wśród żółtych kwiatów, dostrzegłem znane mi już wcześniej poidełka dla kolibrów. Ta atrakcję Antonio zostawił nam na koniec. Poprosił mnie o asystowanie. Kiedy staliśmy w odległości kilku metrów od raczących się słodkim syropem z poidełek kolibrów poprosił żebym potrzymał w ustach zerwany przez niego żółty kwiat o płatkach wąskich długich jak kobiece palce i szypułce w kształcie lejka. Wytrzaśniętą skądś czerwoną pomadką posmarował mi usta, kazał stać nieruchomo i zamknąć oczy. Jak sami się orientujecie nic nie widziałem ale po piskach naszych dziewczyn zrozumiałem, że działo się coś intrygującego. Po krótkiej chwili poczułem w ustach lekkie mrowienia i drżenia. Zachwyt załogantek wzmógł się, a ja stałem, jak nie przymierzając słup soli, który w dodatku nic nie rozumie. Kiedy Antonio pozwolił otworzyć mi oczy dziewczyny opowiedziały jak do moich ust podfrunęły kolibry i jak próbowały napić się nektaru z kwiatu, który trzymałem wargami.

Na pożegnanie dostaliśmy od Antonia właśnie świeżo uwędzona red fisz, którą wspominając dzisiejszą, niesamowitą wyprawę pałaszowaliśmy wieczorem na jachcie. W trakcie wieczornej rozmowy wszyscy doszliśmy do tego samego wniosku, że przewodniki dla turystów mogą służyć jedynie w ogólnym zapoznaniu się z danym rejonem. Prawdziwe skarby trzeba już odkrywać wytrwale samemu.



Po trzech miesiącach od powrotu z wyprawy na Karaiby przyszła do mnie niewielka paczka z napisem FRAGILE. Delikatnie otwierałem ją by po chwili w rękach poczuć chłodne szkło z bursztynową, gęstą zawartością. Nie myślcie, że otworzyłem go od razu. Wyczekana przyjemność jest sto razy przyjemniejsza. Czasami zakradam się do spiżarni i biorę do ręki słoik z miodem. Odkręcam powoli wieczko, podnoszę go i wdycham głęboko uwolniony aromat. W tej samej chwili pojawiają się wspomnienia. Kłębią się, przepychają, rozpychają między sobą. Mam wrażenie, że każde chce być tym najważniejszym, jedynym. Natłok kolorowych obrazów pod zamkniętymi powiekami, dziesiątki zapachów i smaków atakuje mnie od środka, aż kręci mi się w głowie. Polana z tysiącem kwiatów, pomidory wędrujące po grządkach, melony jak dynie, słodkość mango spływająca z policzków, olbrzymie pszczoły, niespotykana słodkość grapefruita, kojący chłód górskiego strumienia. Gdy zakręcam małą pokrywkę i otwieram oczy obrazy nagle znikają.

Mały słoiczek miodu czeka na wyjątkowe okazje schowany w spiżarni na najwyższej półce. Któregoś wieczoru znowu, uchylę jego wieczko i uwolnię aromat czarodziejskiej polany. Tylko na chwilę. Chwila wystarczy.

... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2015