Fałszywa małpa.


Lądujemy na Martynice już po zmroku. Kolejny raz karaibska wyspa przyjmuje nas wilgotnym, aromatycznym, wieczornym powietrzem.

Le Marin to jeden z największych portów jachtowych na Karaibach skąd wyczarterowaliśmy z greckiej firmy jacht. Jedziemy tam z lotniska na Fort de France dwoma busikami tylko 40 minut . Na miejscu wypakowujemy sprawnie bagaże i już jesteśmy w naszym 16-sto metrowym „boat-cie”. Jest szybki i wygodny, 160 metrów kwadratowych żagla, pięć dwuosobowych kabin, bączek z silniczkiem zaburtowym, no i zbiorniki na 1000 litrów słodkiej wody. Taki zapas wody pozwala dosyć elastycznie planować trasę wyprawy. Tutaj nie wszędzie można ją zatankować. Jeszcze wieczorem, po powitalnej lampce wina bez żadnych problemów sprawnie się sztaułujemy. Już wiem, że załoga szybko się dopasuje, zgra, że znowu daje rezultat kompletowanie załogantów na zasadzie przyjacielskich znajomości. To nie ważne gdzie, i na czym się pływa. Tak naprawdę ważne jest z kim, zwłaszcza w drugim tygodniu wspólnej żeglugi na jachcie o niewielkiej w sumie przestrzeni, gdzie nie tak łatwo o odosobnienie, którego każdy z nas czasami potrzebuje.

Z samego rana przejmujemy łódź. Mój niepokój budzi chlupot w zęzie. Sprawdzamy organoleptycznie – woda pod gretingami jest słodka.

— Dobrze, że nie słona, może komuś się w mesie wylała — konstatuje przekazujący nam jacht młody Polak pracujący u greckiego armatora.

Faktycznie, dobrze, że nie oceaniczna. Znaczy się nie z przecieku. Poza tym jacht wydaje się przygotowany do czarteru. Dobrze wiem, że wszystkiego się nie sprawdzi. Niektóre usterki i tak wychodzą dopiero ”w praniu”.

Ten młody, opalony na ciemny brąz, człowiek pracuje tu i żyje razem ze swoją żoną już kilkanaście miesięcy. Zresztą w firmie jest jeszcze jeden Polak, choć dopiero zaczyna w tym biznesie. To miłe być obsługiwanym przez rodaków tak daleko od domu. Wszystko idzie szybciej i sprawniej.

Dostajemy też kilka wskazówek gdzie warto zawinąć, jakie miejsca odwiedzić, na co zwracać uwagę w tutejszej żegludze.

Szybko odprawiamy się używając komputerowego terminala w marinie i w drogę. Tym razem zmierzam „w górę” mapy. Popłyniemy wzdłuż wysp zawietrznych, - na północ. Może uda się dotrzeć aż do Saint Martin, gdzie oprócz naturalnych atrakcji tropików jest wszystkim w okolicy dobrze znana strefa wolnocłowych zakupów.

Zwykle pierwszą część rejsu, ku najdalszemu zaplanowanemu miejscu staram się pokonać dosyć szybko, by wracając mieć więcej czasu i spokojnie rozkoszować się leniwym żeglowaniem bez zagrożenia dla terminu powrotu. Tak samo żeglujemy tym razem. Jesteśmy już za Dominiką gdzie „zaliczyliśmy” las deszczowy i wodospady. Wczoraj minęliśmy Gwadelupę, którą obiecaliśmy sobie poznać dokładniej w drodze powrotnej. Dzisiaj dobijamy do północno-zachodnich jej krańców - Basse Terre. Udaje się nam stanąć bezpiecznie, - na beczce, w jednej z ostatnich, zachodnich zatoczek od strony Morza Karaibskiego.

Załoga zaczyna przygotowywać kolację. Dzisiaj przyrządzana przez Ignacego zupa rybna. Rybę złapałem godzinę temu, kiedy zaczęliśmy zbliżać się do brzegu, na izobacie 30 metrów. Uderzyła na dużego woblera wleczonego za rufą. Wszyscy dobrze wiedzą, że jeśli wachtę kambuzową ma Ignacy, to niewątpliwie zaaplikuje nam jakąś pyszność. Kiedy słyszę z messy, że znowu trzeba przełączyć się na kolejny zbiornik słodkiej wody, w kapitańskiej głowie włącza się pulsujące, niedające spokoju, czerwone światełko.

— Zaraz, zaraz, rano włączony zbiornik powinien być jeszcze prawie pełen — myślę i razem ze Zbyszkiem schodzimy na dół żeby sprawdzić jak nasze tanki pracują.

Okazuje się, że faktycznie przełączamy się na ostatni, który w dodatku jest prawie pusty.

— Sprawdźcie pod gretingami — rzucam do trzeciej wachty, i zaraz wszystko staje się jasne. W zęzie znowu jest słodka woda.

Dokładne oględziny z rozkręcaniem pompy wodnej i zdejmowaniem obudów potwierdzają naszą niewesołą sytuację. Tak naprawdę mamy tylko dwa szczelne zbiorniki, a na dodatek pompa co chwila łapie „fałszywe” powietrze.

Rzedną nam miny, bo pod znakiem zapytania stają nasze podróżnicze plany. Pilnie studiuję mapy i locje tego rejonu w poszukiwaniu portu gdzie na pewno będziemy mogli zatankować wodę. Wreszcie podejmuję decyzję. Płyniemy na Saint Kitss, gdzie w Port Zante musi być słodka woda. Choć robię to niechętnie, muszę wprowadzić ograniczenie zużycia wody. Tylko do picia i ewentualnie do przemycia twarzy. Dobrze, że mamy żelazny zapas pięciu baniaczków „mineralnej” kupionych jeszcze w naszej pierwszej marinie, razem 25 litrów. To wystarczy na jeden dzień dla dziesięcioosobowej załogi.

Wstajemy wcześnie, jeszcze przed świtem. Musimy mieć pewność dopłynięcia do celu w czasie urzędowania pracowników portu. Specyfika tutejszego sposobu wykonywania obowiązków jest już nam znana, a podstawowym jej parametrem jest wykonywanie pracy niespiesznie, lub odkładanie jej na później. Co prawda w takim klimacie zaczynamy po trosze rozumieć to niezobowiązujące podejście do męczącego zajęcia jakim zwykle jest praca.

Dzień staje się wyjątkowo upalny. Chmury gdzieś zniknęły i żar z prawie pionowo stojącego słońca mimo rozpostartego bimini narasta. Wreszcie w szkłach lornetki pojawia się Navis, a po chwili dzisiejszy cel – stolica tych wysp. Wpływamy do prawie pustej przystani mijając po drodze parkujący właśnie „nasz” wycieczkowiec. Załoga zaczyna tankować, druga wachta idzie robić zakupy, a ja zabieram się z papierami na ląd i idę do portu załatwić formalności. Kiedy dowiaduję się, że z odprawą muszę poczekać godzinę, bo właśnie jest jakaś narada wszystkich pracowników. Wracam na jacht, biorę aparat i ruszam do przystani „popstrykać”. Spacerując wzdłuż portowej zabudowy, przyglądając się tutejszemu gwarowi, orientuję się, że „tutaj” jest inaczej niż na odwiedzanych przez nas wcześniej wyspach.

Tu wszystko jest nieprawdziwe. Nakręcany pirat wielkości prawdziwego Jacka Sparrowa albo innego Barbossy kłapie szczęką z setką białych zębów u wejścia do kolorowego sklepu z koszulami w tropikalne wzory. Turyści udają, że się go boją, - i to jest śmieszne. W środku koszule z niby bawełny ale tak naprawdę pół na pół z syntetykiem, choć kosztują jak te z jedwabiu, - też śmieszne. W olbrzymim, klimatyzowanym sklepie z precjozami obok, podrabiana, srebrna moneta niby znaleziona na Arubie - wyspie piratów oprawiona, w białe złoto, za niby 3 500 dolarów, które po krótkiej chwili zamieniają się w zaledwie 1 500, a odprasowany sprzedawca z ruchliwymi oczkami i przyklejonym na stałe do twarzy uśmiechem rewelacyjnych, ceramicznie białych zębów gotów jest zejść z ceny o kolejny tysiąc dolarów, cały czas przy tym zapewniając, że to nie jest żaden „monkey business”, - to jest już mniej śmieszne.

Nawet małpa na długim łańcuszku, siedząca na ramieniu tubylca nie jest prawdziwą, zieloną małpką z tych rejonów. Jest przemycaną z Afryki, w dodatku urzęduje z niewielkim, założonym jak malutkiemu dziecku pampersem. To nie wypada i osłabia turystyczną frekwencję, gdy stworzenie czasami musi sikać, no ale przecież nie na turystów. A żądni wrażeń pasażerowie wycieczkowca już przystają zaciekawieni małym, ruchliwym jak złoto zwierzątkiem. Za chwilę, trzymając miłą małpeczkę na rękach, z odwiecznym, amerykańskim uśmiechem kalibru 172 będą się z nią fotografować niczym dumni konkwistadorzy, odkrywcy dzikich tropików. Małpy żal mi podwójnie. Ma spiłowane małe kły i podcięte pazurki. No cóż, turysta to nie palma, że by się na nią wspinać, ale pewnie taki globtroter by zdębiał, gdyby znał wszystkie kulisty tego fotograficznego biznesu.

Fałszywy, nieprawdziwy, zamknięty świat o wymiarze 100 na 100 metrów, pilnowany przez dziesiątki czarnych strażników. W tym świecie dumnie egzystują kasyna i luksusowe, klimatyzowane sklepy tuż przy nadbrzeżu do którego cumują ogromne białe wycieczkowce z niby cywilizowanego świata. Bo któż w cywilizowanym świecie wyrzuca fekalia tysięcy turystów w turkusowe wody przybrzeżnych zatoczek? Któregoś poranka wpłynęliśmy w cywilizacyjny kilwater brudu zostawiony przez takie pływające, rozryczane decybelami niby muzyki miasteczko. Niech się schowa wulkan z Montserrat ze swoimi siarkowymi wyziewami. To było sto razy bardziej nieprzyjemne przeżycie.

Udaje mi się wreszcie odprawić. Wody mamy już do pełna. Specjalista od węża do wody z nadbrzeża, udaje że nie ma wydać reszty z 20 dolarów i proponuje za pozostałe 5 dolarów lód. Bierzemy, nie targujemy się i odpływamy w nieznośnym skwarze bezchmurnego nieba uwalniając się z dziwnego świata portu Zante.

Ta wyspa nas rozczarowuje. Nawet słone jeziorko na południowo wschodnim jej krańcu okazało się zaledwie dosychającą błotnistą berbeluchą. Podpływamy do turkusowej plaży gdzie zamierzamy stanąć na kotwicy. Po chwili wiatr od lądu przynosi mechaniczny jazgot muzyki z kilku knajpek na brzegu. To przepełnia czarę naszego zniechęcenia do Saint Kitts. Po krótkiej naradzie – gdzie dalej, rezygnujemy z kontynuowania drogi na północ ku bezcłowemu rajowi merkantylnego podróżnika i postanawiamy zakosztować białych plaż płaskiej Barbudy.

Uciekamy stąd. Wydaję polecenia i po chwili płyniemy już pod pełnymi żaglami, uwalniając się z niby raju. Bez żalu zostawiamy plastikowy teatr dla turystów z olbrzymich wycieczkowców. W cichości ducha myślę, że wycieczkowiec tym razem już chyba nie podąży naszym śladem. Z nadzieją spoglądamy w stronę granatowego dzisiaj oceanu. Choć czeka nas żegluga pod wiatr, płyniemy. Klar morski, żagle wybrane „na blachę”, wychodzimy zza cypla tłumiącego wiatr i pokornie pochylamy się w pędzie ku nowemu celowi. Szybko zapominamy o Saint Kitts i zdążamy z nadzieją ku Barbudzie. Ku Barbudzie!



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2010 r.

Zapraszam do miesięcznika JACHTING