Oko za oko, za nogę ząb.


Poznaliśmy się, jak to zwykle na tropikalnych wyspach bywa, w całkiem niezobowiązującej sytuacji w jednej z nadbrzeżnych restauracyjek. Karaiby pełne są takich knajp. Rozsiane są wszędzie tam, gdzie mogą zakotwiczyć przepływające jachty, gdzie są beczki cumownicze, gdzie możną zatankować wodę i na dodatek zobaczyć coś ciekawego w głębi lądu.

Siedział na drewnianych schodkach właśnie takiej niewielkiej knajpki. Pozdrawiał każdego przechodzącego tubylca, zamieniał z nimi dwa, trzy zdania, chyba nawet nucił coś pod nosem. Z plastikowym kubkiem karaibskiego piwa w ręce przyglądał się naszej załodze, kiedy gramoliliśmy się z pontonu na brzeg. Tego wieczoru w planach mieliśmy kreolską kolację z widokiem na morze.

Niespodziewanie dosiadł się do mnie przy barze i bez wielkich wstępów zaczął opowiadać o swojej wyspie - Gwadelupie. Nie potrafiłem określić ile ma lat. Wyglądał na kogoś pomiędzy 40-stką, a 60-siątką. Miał niski, chrapliwy głos. Spracowane ręce jakie zwykle widuje się u rybaków, a w miejscu lewego oka nieruchomy, pusty oczodół. Rozmowa przy barze toczyła się z początku leniwie, z oporami, potem, kiedy zeszliśmy na tematy połowu ryb, coraz żywiej. Minęło trochę czasu zanim przyzwyczaiłem się spoglądać na jego okaleczoną, brązową, zarośnięta twarz. Tutejsze piwo powoli ale skutecznie oliwiło naszą wyobraźnię. Z butelki na butelkę ryby stawały się coraz większe. Opowiadałem mu o metrowych szczupakach z Vasterwik w Szwecji, on o tuńczykach, mache i monstrualnych barrakudach z roztaczającego się wokół wysp szelfu. Wreszcie okazało się, że łowi także rekiny. Tuż obok nas, na ladzie baru, leżał spreparowany łeb rekina z ostrymi jak kły tygrysa zębami. Jeronimo wsunął rękę pomiędzy uzębione szczęki i pokazał jak niewiele trzeba żeby ją stracić. Spojrzałem w tedy na jego twarz i pomyślałem, że to oko, to chyba też sprawa rekina. Podniosłem w pytającym geście dłoń w stronę jego głowy. Niechętnie rzucił jakieś dwa zdania o ostrym, rekinim ogonie i zmieniając temat zaproponował zamiast jałowego pytlowania o rybach przy barze ich połów. Stanęło na tym, że jutro razem popłyniemy na rekiny. Z wielka ochota przyjąłem jego zaproszenie. Nie na darmo wszyscy, którzy mnie znają nazywają mnie crazy fisherman. Załoga miała zaplanowana wyprawę w góry, do lasu deszczowego, który można oglądać z kolejki z podwieszanymi wagonikami sky car, a ja w myślach już cieszyłem się pierwszą w moim życiu wyprawą na rekiny.

— Nie musisz brać ze sobą sprzętu. Wszystko mam, i motorówkę jak się patrzy. Tylko pamiętaj! Umówieni jesteśmy się przed świtem. Tu, koło pomostu. — Jego głęboki uśmiech starego wyjadacza zapowiadał „rybo nośny” dzień.

Na przypieczętowanie naszej umowy wznieśliśmy do góry butelki z piwem, stuknęliśmy się, a dźwięk trąconego szkła zmieszał się harmonijnie z wszechobecną, metaliczną muzyka calypso i z takimi samymi dźwiękami innych popijających w środku, przy barze.

***

Na plaży byłem o czasie. Do pomostu, na krowim postronku, cumowała tylko jedna drewniana, licha łódka. Ten "okręt" nie mógł być wspaniałą motorówką z wczorajszych opowieści. Zresztą do połowy był zalany wodą.

Słońce już dawno podniosło się ponad horyzont, a ja ciągle byłem na plaży sam. Wreszcie, usłyszałem ciche skrzypienie od strony lądu. Jeronimo ciągnął wózek ze skrzynką piwa i jakimś dużym worem. Przywitaliśmy się. Zapytałem gdzie jest łódka. Bez wahania, dumnie spojrzał w stronę wpół zatopionego krążownika.

— To jest „Maria Helena”. Jeszcze mój dziadek na niej pływał.

Jego słowa niewątpliwie musiały być prawdą. Nie pozostało nic innego jak zająć się przygotowaniem czterometrowego pływadełka do stanu używalności. Za pomocą pustych połówek plastikowych butelek po CocaColi szybko opróżniliśmy łódź z wody. Do środka powędrował przywieziony przez niego wór i cała skrzynka butelek piwa, które upychał w schowku pod ławką.

— Gdzie wędziska? — spytałem nieśmiało.

— Sprzęt przygotujemy już w drodze. Odpalaj, — rzucił do mnie, i sam zabrał się za odcumowanie. Szło mu to dosyć opornie, bo robił to tylko jedna ręką. W drugiej trzymał piwo.

— Po co mu tyle piwa? — Każda kolejna butelka, którą później wyjmował była oszroniała. Nie miałem okazji zajrzeć pod ławkę i sprawdzić jako on to robi w takim palącym słońcu.

Zdziwiłem się, bo silnik „zaskoczył” od razu. Kiedy ustawiłem się dziobem ku morzu, Jeronimo jedna ręką, tą z piwem, wskazał mi kierunek, który nazwałbym „o … tam gdzieś”, a drugą zaczął opróżniać swój olbrzymi wór. Pojawiająca się w łódce zawartość pachniała dosyć zniechęcająco. Na dnie zaczęły pojawiać się dziwne rzeczy. Najbardziej tajemniczo wyglądały płaskie muszle wielkości melonów. Każda z nich miała przewierconą dziurkę przez która przechodził mocny sznur. Nanizane razem, wielkości małego koła ratunkowego tworzyły rodzaj naszyjnika. Cuchnącą zawartością okazały się rybie ochłapy wyzierające z dużej, foliowej torby. Znajomo wyglądał dwumetrowy kawałek stalowego drutu i olbrzymie kute haki. Osobnym zjawiskiem był kłąb splątanej żyłki grubości wkładu do długopisu. Żadnych wędek nie zauważyłem.

Przygotowania. Jeronimo skinął do mnie głową. Chciał zamienić się ze mną miejscami. Kiedy tylko rozsiadł się na rufie, dodał gazu i nic nie mówiąc zatoczył ręka z piwem krąg nad wszystkimi gratami wywalonymi z wora, co znaczyło mniej więcej „teraz trzeba uporządkować wyposażenie, sklarować ekwipunek i precyzyjnie przygotować go do pracy”.

Nad wszystkim mozoliłem się dobre dwadzieścia minut. Kiedy najtrudniejsza część zadania, - rozplątywanie żyłki było już za mną łódź zwolniła, silnik zaczął perkotać na luzie, po chwili został wyłączony i stanęliśmy. Morze, spokojnie unosiło nas co chwila ku górze i wtedy widzieliśmy w oddali ląd, by po chwili zapadać się w wodne doliny. Wtedy, w oddali majaczyły tylko wulkaniczne góry Dominiki. Mój przewodnik skierował dłoń ku morzu co oznaczało „To tutaj”. Przesiedliśmy się z powrotem na swoje miejsca. Jedną ręką wskazał na żyłkę, a drugą, jasne że z piwem, na dość duży rodzaj kołowrotka zamocowany na jednej z burt co jednoznacznie znaczyło: „Nawijaj”. Od momentu wypłynięcia nie usłyszałem od tego wczorajszego gaduły ani jednego słowa. Dziwiło mnie to ale także bez słów wszedłem w swoja rolę i zabrałem się do roboty. To była naprawdę gruba żyłka. Można by na niej z dużym zapasem podnieść całą łódkę, na dodatek z nami i sporym zapasem piwa używanego tutaj jak się okazuje do połowu rekinów. Była tak gruba i toporna, że ledwie udawało mi się ja nawijać. Spostrzegłem wtedy, że w drewnianych burtach były kilkucentymetrowe szczeliny, jakby rodzaj nacięć. Zastanawiałem się wtedy kto mógł tak bezmyślnie zdewastować łódkę. Zauważyłem jeszcze wiele podobnych wyżłobień na deskach burt.

Gdy kołowrotek był już pełen, a w mojej dłoni pojawił się koniec żyłki Jeronimo sprawnie przywiązał do niej półkilogramowy ciężarek i stalowy przypon z olbrzymim hakiem na końcu. Nadział na niego niezły kawał ryby i wyrzucił to wszystko za burtę. Kołowrotek powoli zaczął się rozwijać. Zaopatrzywszy się w kolejna butelką piwa podniósł tajemniczy naszyjnik z muszli, włożył go do wody i zaczął rytmicznie nim potrząsać. Muszle uderzając o siebie i o wodę wydawały głośny chrzęst. Jeronimo mamrotał miarowo coś pod nosem. Zrozumiałem, że rozpoczęło się wabienie. Minęło kilkanaście minut. Wyjmując kolejne piwo, przy okazji podał mi cuchnący worek foliowy. Miałem wyrzucać małe kawałki ryb do wody co dodatkowo, tworząc smużący ślad, wskazywało rekinom drogę na nasz haczyk.

Unosząc się w płaskodennej łodzi jak kaczka na wodzie, wolno dryfowaliśmy z wiatrem. Przez godzinę nic się nie działo. Kilka latających ryb wyskoczyło z wysokich fal i po długim, kilkudziesięciometrowym locie znowu się w nich schowało. Moje ręce śmierdziały już całkiem tak samo jak zawartość foliowego worka, która powoli zaczynała się kończyć.

Nagle, bez żadnej zapowiedzi, bez choćby jednego znaku, żyłka naprężyła się, kołowrotek zaczął jazgotać Nieruchoma do tej pory, skupiona, jednooka twarz ożyła uśmiechem, który oznaczał „jest!” i zaczęła się „jazda”.

Fale zaczęły uderzać w bok burty, bo łódka zatrzymana przez drżącą z napięcia żyłkę przestała poruszać się z wiatrem i stanęła w miejscu. Przez pewien czas kołowrotek obracał się jak opętany. Sam dobrze wiedziałem, że żyłki mamy spory zapas i gdyby nawet rekin opłynął ziemię po równiku zostało by jej jeszcze trochę na szpuli. Kiedy po raz pierwszy kołowrotek nieco zwolnił Jeronimo wskazał ruchem głowy bym usiadł przy nim i zabrał się wreszcie do pracy. Żyłka, raz rozwijała się za sprawą rekina i niknęła w wodzie, raz dzięki mnie po trochu, z powrotem była nawijana. Kołowrotek kręcił się cały czas. Raz w jedną, raz w drugą stronę. Kręciłem pięć obrotów do przodu, a po chwili rekin odwijał osiem. Dopiero przy trzecim piwie, licząc od momentu zacięcia rekina, sumaryczny kierunek wysnuwania żyłki zaczął nam sprzyjać. Wydawało się, że zaczynaliśmy być na plusie. W tym momencie zdecydowanie „poczułem” obie spracowane ustawicznym kręceniem ręce. Kiedy już sporo żyłki zostało nawinięte, kąt pod którym schodziła do wody znacznie zmalał i żyłka zaczęła opierać się o burtę. Teraz zrozumiałem, kto rok po roku „dewastował” tą łódkę. Spoglądając na rządki nacięć szybko nabrałem szacunku do „mojego” piwosza.

Walcząca ryba trąc naprężoną żyłką o burtę nacinała kolejny karb na burcie łodzi, niczym strzelec wyborowy zaznaczający udane trafienia na kolbie swojej broni. Dodatkowy efekt w postaci głośnego, wysokiego pisku przeciskającej się przez szczelinę żyłki czynił walkę bardziej intrygującą i podniecającą. Kiedy w szczelinie pojawił się delikatny dym zaniepokoiłem się o stan żyłki - mało odpornej na ogień. Jeronimo spokojnie podniósł połówkę plastikowej butelki i podał mi ja wymownie. Bezbłędnie zrozumiałem jego intencje. „Polewaj”.

Od pewnego czasu nawijanie szło mi łatwiej. Teraz już tylko ja panowałem nad kołowrotkiem. Choć na dłoniach porobiły mi się pęcherze, dzielnie skręcałem żyłkę. Po szóstym piwie w granatowej głębinie coś zamajaczyło. Wychylając się za burtę dostrzegłem duży, szary cień. Po godzinnej walce, wymęczona ryba dawała się ciągnąć jak olbrzymi worek kartofli. Kiedy rekin był już tuż pod powierzchnią celny cios ościeniem zakończył sprawę i razem, nie bez trudu, wciągnęliśmy po burcie rybę do łodzi.

Kiedy ryba całkiem znieruchomiała na dnie, Jeronimo wyjął ze schowka pod siedzeniem długi nóż. Uklęknął przed rekinim łbem. Popukał go trzonkiem noża w najczulsze miejsce - sam środek głowy pomiędzy oczyma, by sprawdzić czy bestia rzeczywiści już nie żyje i jednym okrężnym, szybkim ruchem wydłubał martwemu rekinowi nieruchome, ciemne oko.

Odezwał się wtedy po raz pierwszy od wypłynięcia. Nie usłyszałem dobrze jego słów, ale brzmiały znajomo jak echo najstarszego kodeksu prawnego. – „Oko za oko”. Nie wiem dlaczego dodał na końcu kilka razy powtarzanego zdania: „Rybi synu”.

Spoglądając na mnie swoim wybałuszonym zdrowym okiem podniósł do twarzy śliski ochłap. Jednym, pewnym ruchem wcisnął go w pusty oczodół. Zmarszczył twarz, i niczym dystyngowany gentelman ze złotym monoklem, grymasem policzka przytrzymywał w nim oko rekina. Jego twarz wykrzywiła się w upiornym uśmiechu.

Opuchniętym, roztrzęsionymi rękoma wyciągnąłem aparat z plecaka. Niestety nie zdążyłem sfotografować go z tym makabrycznym trofeum. Martwe oko rekina ściśnięte zbyt mocno pękło i wypłynęło z pustego oczodołu. To był potworny widok. Głośny, rechotliwy śmiech Jeronimo spotęgował niesamowitą wymowę chwili.

Rozfalowany ocean, mała łódka, w środku olbrzymi okaleczony rekin, zestrachany białas w przemoczonym ubraniu z rękami w bąblach i rechoczący wariat z pękniętym okiem rekina, które w międzyczasie wolno ześlizgiwało mu się po brzuchu. W takich chwilach do głowy przylatują, zupełnie nie wiadomo skąd, myśli zgoła nieuczesane. Po chwili sam zacząłem się śmiać, bo w tym momencie, parafrazując tytuł znanej książki, wyglądaliśmy dokładnie jak dwóch panów w łódce nie licząc rekina.

Kiedy już trochę uspokoiliśmy wesołość zwycięzców, postanowiłem zrobić nareszcie kilka zdjęć naszej zdobyczy. Małym, aluminiowym pagajem z trudem rozwarłem olbrzymią paszczę rekina i zaklinowałem go w środku. Akurat wtedy któraś z większych fal zachwiała łódką. Łapiąc równowagę nieopatrznie oparłem bosą stopę na dolnej szczęce potwora i odruchowo natychmiast ją cofnąłem. Pomyślałem, że zdjęcia garnituru rekinich zębów zrobię wtedy, gdy będziemy bliżej brzegu, na mniejszej fali. Zabrałem się za porządkowanie reszty poplątanych linek i haków.

Spojrzenie Jeronimo stało się dziwnie natarczywe. Jego jedyne czerwone oko wpatrzone w moją nogę robiło się coraz większe. Mimo sporego rozkołysu wstał i złapał mnie za kolano.

— Jeszcze tego brakowało, — pomyślałem zdziwiony jego zachowaniem, … i dopiero wtedy poczułem śliską strużkę krwi pod stopami.

Skaleczenie krwawiło zbyt mocno jak na zwykłe zadraśnięcie. Choć zranienia prawie nie poczułem, stopa i właściwie już cała noga bolała coraz bardziej. Siedząc zaparty w burtę uniosłem nogę ku górze żeby osłabić upływ krwi. Na szczęście żadna z tętnic nie była przecięta. W taki oto niespodziewany sposób otworzyłem wtedy rachunki z rekinami.

— Sorry my friend, this is my foth.

Olbrzymimi łapskami, nad podziw delikatnie, Jeronimo trzymał moją czerwoną stopę i uciskał kciukiem tuż koło rany tak, że krew powoli przestawała płynąć.

— Powinienem Ci powiedzieć…, ich zęby są ostre jak brzytwa. Nie czujesz jak tną do kości.

Wolną rękę uniósł do góry.

— Look My Friend.

Na spodniej stronie ramienia, jedna koło drugiej, od łokcia, aż do nadgarstka ciągnęły się grube, ciemno-brązowe bruzdy blizn. Wyglądało to jakby ktoś ostrym skalpelem głęboko przorał skórę.

Wyobraźnia zaczęła szybko pracować i niczym nie hamowana podsuwała mi przed oczy całe tabuny okropnych obrazów mojej zbliznowaciałej nogi. Kolejny raz niezastąpiony okazał się szeroki wiskozowy plaster bez opatrunku. Kilkakrotnie, dosyć mocno okleiłem nim stopę. Ścisły owinięcie załatwiło sprawę. Już mogłem opuścić nogę i przydać się na coś w zakrwawionej łodzi. W międzyczasie w łódce przybyło wody. Mój kompan, szef całej wyprawy był dobrze przygotowany na takie okoliczności. Przecież jego „dłubanka” nie przeciekała od wczoraj. Sprawnie pochyliliśmy się na dnem i plastikowymi, markowymi, cocacolowymi czerpakami szybko osuszaliśmy łódź. Słona woda pozytywnie, w dodatku antyseptycznie działała na moje skaleczenia. Nie byłem pewien sterylności zębów rekina ale jak się później okazało drapieżnik jadał tylko w ekskluzywnych miejscach, bo rany zasklepiły się bezproblemowo już po tygodniu.

Na brzegu, nie wiadomo skąd i przez kogo poinformowana, czekała na nas ze znajomym wózkiem grupka dzieciaków. Teraz dopiero zauważyłem, że wózek miał malutkie koła chyba od dwóch osobnych rowerów. Wspólnie przeciągnęliśmy złowioną rybę na ten popularny, wyspiarski środek transportu. Ślepy rekin ciągniony na wózku przez dzieciaki gdzieś pojechał, a my usiedliśmy na wygrzanym piaszczystym brzegu.

Miło było zwycięsko siedzieć w cieniu palm po wysiłku w palącym słońcu na niczym nie osłoniętej łódeczce.

— Masz, napij się, należy Ci się.

W olbrzymiej łapie Jeronimo ginęła kolejna, mała butelka piwa. Piwo było ciepłe i prawie do końca odgazowane, ale smakowało mi wtedy wyśmienicie.

Po powrocie na jacht okazało się, że załoga zabałaganiła z rana, wszystko się opóźniło i udało mi się po południu razem z nimi „zaliczyć” także wyprawę do lasu deszczowego.

Kiedy wieczorem wróciliśmy wymordowani, na kole sterowym zawieszona była foliowa torebka z karteczką „for skipper”. W środku znalazłem nanizany na czarny rzemyk biały, rekini ząb wielkości sporego kciuka.

Żałowałem wtedy, że nie mam żadnego zdjęcia z tej rekiniej wyprawy, której najprawdopodobniej już nigdy w życiu nie powtórzę. W zamian pozostał na moje szyi wisiorek ze sporym zębem własnoręcznie upolowanego rekina i wspomnienie przeciekającej ale rozrechotanej do granic wytrzymałości łódki.
***

Wierzcie mi, jeśli dzisiaj po raz kolejny próbuje opisać tamte chwile, przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie: „I smieszno, i starszno”. Błogosławiony ten, który potrafi śmiać się sam z siebie, albowiem będzie miał nieprzerwany ubaw do końca życia. Nie pamiętam kiedy i który z mądrych ludzi to powiedział, ale teraz już wiem, że z pewnością miał rację. Patrząc na sprawę z drugiej strony warto zastanowić się nad słowami Mahatmy Ghandiego: Żyjąc w myśl zasady „oko za oko” doprowadzimy do tego, że świat będzie ślepy. Ale … czy jeden ząb zamyka moje rachunki z rekinami?



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2010 r.

Zapraszam do miesięcznika JACHTING    Opowiadanie ukazało się w numerze 03/2011()