Usłyszeć wiatr (Część I)

Drzewo.


Znowu stoimy na długim drewnianym pomoście. Kiedy za pierwszym razem nasz wodny taksówkarz dowoził nas do niego z jachtu zostawionego na beczce, jego wybielone słońcem spękane deski były suche. Teraz woda w zatoce dostojnie falowała zalewając drewnianą konstrukcję. Co chwila fale przebiegały po drewnianej klawiaturze niczym zwinne palce pianisty po szklistych klawiszach. Nieprzerwany rytm zaczynał się od tych najdalej w zatoce położonych desek, kończąc swój płynny pochód cichym poszumem zamierającej melodii już na piaszczystym brzegu.

— Maestro gra, — pomyślałem, kiedy moje bose stopy zmoczyła fala zmęczona swoim długim pasażem tuż przy plaży, tam gdzie urywała się drewniana keja. — Coś melancholijne dzisiaj Szefie, to chyba jakiś slow-fox raczej niż to co zwykle grywasz na Bałtyku.

Nie doczekałem się odpowiedzi, tylko jakaś dłuższa i wyższa fala smagnęła mnie, mocząc prawie całego, rozbryzganym o drewniane podpory grzywaczem. Ciekawe, że tylko mnie się dostało, choć w dość ścisłej grupce na pomoście staliśmy całą naszą dziesięcioosobową załogą. Nie miałem ochoty już dłużej przekomarzać się z Tym, który tak pięknie skonstruował dzisiejszy wieczór. Może On też wolał skupić się na swoim niezmierzonym instrumencie. Wolał dostrajać, mozolnie raz za razem cyzelować i dopasowywać do uroku chwili swoją melodię Karaibskiego wieczoru, bo już więcej nie moczył mnie słonymi bryzgami.

— Swoją drogą, chyba jednak zbyt monotonnie tu się grywa — pomyślałem przekornie i zeskoczyłem na piasek nie czekając na jego odpowiedź. Szedłem z innymi przez plażę. Byłem zadowolony ze zręcznie zakończonej tym razem rozmowy. Zwykle bywa tak, że to do Niego należy ostatnie zdanie …

Przed nami, w oddali zachodziło słońce. Ciężkie, żółte promienie poganiały zdążające ku brzegowi zatoki fale rozpalając iskrzącymi kroplami zmoczone deski pomostu. Nie chcieliśmy pozbawiać się tego niesamowitego widoku. Tuż przy plaży, kilka metrów od pulsującego dostojnie morza zauważyliśmy małą knajpkę z zsuniętymi stolikami, jakby ktoś właśnie czekał na naszą dziesiątkę. Po chwili, już w środku, z namysłem wybieraliśmy z karty dzisiejsze dary morza. Siedzieliśmy pod dachem ale oprócz małego zaplecza z tyłu nie było tu żadnych ścian tylko barierka od strony zatoki z drewnianymi, rzeźbionymi kolumnami podpierającymi lekką, krytą palmowymi liśćmi konstrukcję dachu.

Młoda kelnerka o hebanowej twarzy uprzejmie przyjmowała nasze zamówienia. Co chwila zerkała jednak z nad swojego notatnika ku morzu. Zdziwiło mnie to. Morze jest tu od zawsze, nic w tym szczególnego, zwłaszcza dla niej. Za piątym razem, kiedy ukradkiem spojrzała w stronę zatoki, odwracając głowę podążyłem za jej wzrokiem. Spoglądała na mężczyznę, który lekko pochylony, stał oparty o barierkę patrząc ku morzu. Na tle jasnego nieba, z gdzieś w dali zachodzącym słońcem, był dla nas tylko ciemną sylwetką typowego tubylca z dredami. Wydawało mi się, że przysłuchuje się naszej rozmowie przy stole. Mimo tego, że nie widziałem jego twarzy byłem wtedy tego pewien. Zdradzała to gra ciała, prawie niezauważalne skłonienie się ku naszemu stolikowi, przekrzywienie głowy w stronę gdzie siedzieliśmy. W nienarzucający się sposób będąc koło nas, jednocześnie był razem z nami.

— To oczywiste, ten mężczyzna przy barierce podoba się jej, jest nim zainteresowana. Wszak nieprzewidywalne zauroczenia zdarzają się znienacka wszystkim, na każdej szerokości geograficznej, w dodatku w tropikach temperament łatwiej rozpalić — pomyślałem.

Zajęliśmy się rozmową i pałaszowaniem pyszności, które zaczęły pojawiać się na stole. Czas powoli odmierzany falowaniem zatoki upływał nam na planowaniu jutrzejsze eskapady w głąb wyspy, przeglądaniu zdjęć w aparatach, przeżywaniu jeszcze raz ostatniego skoku przez otwarte morze ku kolejnej wyspie. Zmrok, tak jak zwykle w tych szerokościach, zapadł bardzo szybko. W prawie niezauważalny sposób kelnerka sprzątała puste naczynia ze stołu. Zamawialiśmy, każdy wedle swojego upodobania i gustu, coś do wypicia na ukoronowanie uczty której właśnie doświadczyliśmy. Wyciągnąłem się wygodniej w ratanowym, wyścielanym kolorową tkaniną fotelu i ustawiłem tak, by móc obserwować zatokę. Popijając Cuba Libre oddałem się słodkiemu nic nierobieniu. Wtedy po raz pierwszy poczułem tą kuszącą woń. Dolatywała z miejsca gdzie ciągle oparty o barierkę stał zagadkowy mężczyzna. Wolno palił jakieś upojnie pachnące cygaro. Każdy jego ruch był podporządkowany paleniu. Całym sobą chłonął kunsztownie skomponowany aromat. Właściwie bez reszty był skupiony tylko na tym, i wyglądało jakby poddawał się jakiemuś ważnemu rytuałowi. Otaczał go wonny dym utkany na kanwie ciężkiego tytoniu z najprawdziwszego gęstego lazuru tropikalnego lasu, tajemniczych oddechów z głębi wyspy, odrobiny czarnej magii i szarego, morskiego błękitu. Słodka aura rozsnuwała się miękkim, prawie mgielnym, niezwykle kuszącym dla powonienia woalem. Co chwila czerwony punkcik żaru rozpalał się, i powoli przygasał. Miałem wrażenie, że cygaro ożywało podnoszone do ust i umierało opuszczane, trzymane tylko palcami dłoni. Delikatne, ciepłe oddechy zatoki wtłaczały wilgotne powietrze nasączone dymem do środka knajpki.

Wyobraźcie sobie moment po wspaniałych, sycących morskich specjałach, kiedy pierwszy drink już wypity, a kolejną bursztynową whiskey lekko mieszasz w szklaneczce z ciężkiego szkła, i … właśnie przychodzi pora na spokojny czas palenia cygara czy fajki. Nie wytrzymałem. Wstałem od stołu, podszedłem do niego i tak jak on oparłem się skrzyżowanymi ramionami o barierkę. Dłuższy czas, bez słów rozkoszowałem się zapachowymi doznaniami tak intensywnie konstruowanymi przez cygaro. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że właśnie w tym momencie los, jak zwykle od niechcenia, popchnął mnie na ścieżkę wiodącą w nieznane mi do tej pory, całkiem nowe strony świata, w krainę zmysłowych doznań i odkryć.

Niespodziewanie dla mnie samego otworzyła się przede mną olbrzymia księga której istnienie podejrzewałem już od dawna. Księga, która dla każdego z nas jest pisana ciągle od nowa. Uczymy się z niej czytać przez całe życie, niektórzy zaledwie zdołają odcyfrować tytuł i księga się dla nich zamyka. Czasem, ci wybrani, - potrafią dopisać do niej jakąś myśl, ale tylko na marginesie, - czasami.

— Jutro zaprowadzę was do lasu deszczowego. — Powiedział palacz cygar nawet nie odwracając się do mnie.

Nie spodziewałem się zupełnie takiego rozpoczęcia rozmowy. W ogóle się jej nie spodziewałem.

Na podkreślenie wagi wypowiedzianych słów wypuścił niebieski obłoczek, odkręcił się na pięcie i bez zbytnich ceregieli dorzucił.

— 10 osób – to będzie razem 200 dolarów amerykańskich. Jutro rano – tutaj za restauracją. Zielony busik z napisem Sea Cat.

Chciałem podjąć zwyczajową rozmowę o zbyt wygórowanej cenie ale kiedy odwróciłem się w jego stronę, w oddali, na długiej kamienistej plaży już tylko majaczyła jego sylwetka. Niczym za majestatycznie odpływającym transoceanikiem w gęstym powietrzu pozostawała za nim niebieska, meandrująca stróżka dymu z cygara niczym gęsty obłok z olbrzymiego komina parowca.

Zaintrygowany jego obcesowością i pewnością w działaniu, okazało się że nadsłuchiwał naszej prowadzonej po angielsku z kelnerka rozmowy, podszedłem do stolika, gdzie załoga w najlepsze kontynuowała wieczór i sam zaskoczony swoimi słowami powiedziałem.

— No to mamy przewodnika na jutro.

Wszyscy ucieszyli się i zaczęli pytać, a dokąd, a na jak długo, ile trzeba szykować pieniędzy.

— Zaczniemy od lasu deszczowego — odpowiedziałem krótko. — Ten od barierki nas poprowadzi — dodałem, i to wystarczyło by załoga nie nagabując mnie zbytnio o tajemniczą osobę znowu zajęła się snuciem planów na jutro.

Szczerze powiem, że z duszą na ramieniu, rzecz jasna nie dzieląc się z załogą swoimi obawami, czekałem następnego dnia rano z innymi na przewodnika. Był punktualny. Dokładnie o dziewiątej rozpoczęliśmy naszą przygodę, która nomen omen zaczęła się od pechowego zatankowania naszego środka lokomocji olejem napędowym zamiast benzyną do której to od wielu lat silnik był już przyzwyczajony. Sea Cat – jak kazał się nazywać nasz przewodnik zaproponował byśmy w czasie wymiany płynów w jego pojeździe zrobili jakieś zakupy na targu. Spodobało się to naszej załodze i po tym niezaplanowanym antrakcie, obładowani prowiantem i różnymi pamiątkami ruszyliśmy z kopyta w górę Dominiki.

Po kilku minutach coraz bardziej stromej jazdy musieliśmy stanąć. Drogę tarasowały olbrzymie kamienie. Oberwały się ze zbocza po ostatnich ulewnych deszczach. Zanosiło się dłuższy postój. Sea Cat wyładował nas sprawnie z busika. Spod siedzenia wyciągnął sporą maczetę i poprowadził naszą grupkę wąską ścieżką w głąb lasu, który otaczał nas zewsząd. Dosłownie po 40 metrach drogi już nie wiedziałem w którą stronę miałbym wracać do samochodu. Przeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów i nasz przewodnik zatrzymał się. Znaleźliśmy się w gąszczu splatanych roślinnych kształtów z którego na pierwszy rzut oka trudno było wyodrębnić drzewa, krzewy, nawet poszczególne gałęzie czy choćby pnie. Otaczały nas ciemno zielone, błyszczące liście, spomiędzy których co chwila wyzierały olbrzymie mięsiste kwiaty kłując naszą wyobraźnię słodką czerwienią. Rozglądaliśmy się w milczeniu, chłonąc wszystkimi zmysłami każdy skrawek nieruchomego oceanu zieleni. Nie docierał tu żaden, nawet najmniejszy powiew. Prawdopodobnie znajdowaliśmy się na dnie jakiejś kotliny, na co wskazywała bardzo miękka, podmokła gleba nasączona deszczami spływającymi ze zboczy. Nasza skóra stała się wilgotna, nieprzyjemnie lepka. Powietrze zrobiło się gęste jak kisiel i zaczęło spływać z wilgotnych liści niewidocznym deszczem. Gdyby nie świadomość na pewno istniejącego gdzieś w górze nieba trudno było by wytrzymać jeszcze choć chwilę w tym tropikalnym kotle.

Do moich uszu dobiegł odgłos cichego skrobania, a może tarcia drzewa o drzewo. Brzmiało to zupełnie jakby nasz polski bóbr ostrymi zębami zgryzał okorowany pień na drzewną miazgę.

Nagle ezoteryczna, skondensowana do granic wytrzymałości powonienia gęsta woń otoczyła mnie i zniewoliła dziesiątkami obrazów i wspomnień przywoływanych z głębi dzieciństwa. Odwróciłem się w stronę przewodnika. Stał do nas tyłem i rytmicznie nacinał, zrywał, darł płaty kory z zielonego pnia, a pochylone, nagie drzewo pokornie uwalniało ze swego wnętrza nieziemski aromat. Jego siła i intensywna słodkość aż rozpierała płuca. Na ten widok, nieoczekiwanie cały czas nakładały się przywołane niespodziewanie z otchłani pamięci obrazy. - Wigilia, świat do wysokości stołu na którym stoją smakowite ciasta oglądany oczami dziecka, babciny kompot, który na zawsze powiązał się z bielą szpitala w którym wycinali wyrostek czteroletniemu szkrabowi, dźwięczne uderzenia mosiężnego tłuczka o dno wielkiego, ciężkiego moździerza, szarlotka mojej żony…

— Cynamon, cynamon! — głośno zawołały dziewczyny, które stały najbliżej miejsca z którego rozchodził się uwodzicielski zapach.

Staliśmy radośnie zanurzeni w odmętach aromatu, w niewinnym opium dla duszy, przyjaźnie otulającym oddechem radosnych wspomnień, dobrym i ciepłym jak miękka dłoń matki na rozpalonym czole.

Po chwili, tak jak inni, trzymałem w ręku brązowo zielony płat kory wielkości kartki zeszytu buchający cynamonowym aromatem. Sea Cat mrużył w niewielkim uśmiechu czarne oczy patrząc na nasze dziecięce zafascynowanie kawałkiem zwykłej kory. Każdy z nas trzymał wyrwaną przed chwilą z wielkiej księgi lasu deszczowego kartkę, zapisaną językiem zrozumiałym w każdej części świata. Kartkę z opowieścią zapisaną życiem cynamonowego drzewa, które trzeba zadrasnąć stalowym ostrzem, zranić tak, by zechciało oddać część swego aromatycznego soku życia.

***


Trzymam teraz przed sobą tę samą korę, którą kilka miesięcy temu przywiozłem w worku żeglarskim do domu. Już nie jest zielono brązowym żyjącym płatem zerwanym z tropikalnego drzewa. Teraz wydaje się zwykłym, wyschniętym jasnobrązowym długim rulonikiem. Moja żona co rusz odłupuje z niego kawałek po kawałeczku wspomnienia i zamienia na czarodziejski proszek dosypywany do ciast wszelakich, pieczeni i kompotów zmieniając je w poematy i opowieści ze stron dalekich. Niezmiennie, zawsze tak samo jego zapach porusza mnie do głębi gdy siadamy do stołu.

Tak sobie coraz częściej myślę, że kobiety zawsze umiały czarować. Dzisiaj już chyba wiem jak to robią.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2011 r.

Zapraszam do miesięcznika JACHTING