"O walecznych barrakudach, śpiewających rybach i deszczu, który stanął na głowie..


W czasie tej wyprawy, pierwszą barrakudę złowiłem tuż za Santa Lucią. Niedaleko pojedynczych skał cypla obserwowaliśmy wypchnięty na brzeg siła huraganu pięćdziesięciometrowy frachtowiec. Rdzewiał tu już od kilkunastu lat. Białe fale przyboju obmywały jego rufę, a dumnie wzniesiony martwy dziób wbity w koralowy piach wąskiej plaży obsiadywały stada głuptaków.

W Tym miejscu ciepłe wody Morza Karaibskiego mieszają się dosyć niespokojnie z zimną woda wnoszoną atlantyckim prądem, przeciskającym się pomiędzy wyspami nawietrznymi. To zjawisko przypomina bystrza występujące na wodach z dużo większym pływem, ale tutaj nie jest jednak tak gwałtowne i niebezpieczne, choć byłbym zapewne ostatnim kapitanem który powiedziałby, że lubi takie miejsca. Bulgocąca woda, krzyżujące się fale, nagle wypchnięte z granatowych głębin setki ton gęstej, słonej wody niczym w olbrzymim garnku z gotującą wodą, tworzyły niesamowity i niepokojący zarazem obraz. Jedynie ciepły jak zwykle pasat uwolniony zza południowych szczytów Santa Luci uspakajał ten pełen dynamiki obraz.

Właśnie wtedy ostry jazgot multiplikatora oznajmił całej załodze, że coś siedzi na haku wleczonego za rufą woblera. Szliśmy izobatą 1400 metrów. Wobler grasował gdzieś na głębokości trzech, czterech metrów gdzie mogłem oczekiwać albo tuńczyka albo barrakudy, no i rekina, którego można się spodziewać tutaj zawsze. Wyluzowaliśmy żagle, jacht zwolnił, sternik pilnował kursu a ja i prawie cała załoga skupiliśmy się na rufie. Wyjąłem mocną morską wędkę z uchwytu na relingu i już w pierwszym momencie poczułem, że walcząca ryba, skrywająca się pod wodą jest duża. Po jej ruchach nie mogłem na razie zorientować się co jest na haku. Tuńczyki są najbardziej nieustępliwe, bardzo dynamiczne i walczące do końca. Barrakudy na początku stawiają większy opór ale kiedy są już blisko powierzchni dają się wlec jak nasze szczupaki. Rekiny, - z tymi to nie ma zasad, albo walczą jak amstafy atakujące czołg, albo ciągnie się je jak worek z ziemniakami. Jeśli uda się złapać jakiegoś granika albo red fisz zachowują się jak olbrzymie dorsze spod Bornholmu murujące do dna, trudne do wyciągnięcia ciężkie, masywne dębowe szafy.

Ta ryba była naprawdę wielka. Po pierwszych minutach zwijania plecionki, a mam założoną taką o wytrzymałości pięćdziesięciu kilo, bo większej ryby i tak nie dam rady wyciągnąć, poczułem, jak opór ryby słabnie. Barrakuda – przemknęło mi przez myśl i po kilku kolejnych minutach holu faktycznie jej długi srebrny cień przemknął za rufą. Maciek, główny pomagier od połowy ryb, z niewielkim ościeniem czekał na właściwy moment by wyciągnąć rybę na pokład. Za drugim podprowadzeniem ryby do rufy udało się nam ją pochwycić. Jeszcze tylko kilka sekund jej dzikiego tańca na teakowym gretingu. Kiedy ją ujarzmiłem wokół nas pozostały setki srebrnych łusek poprzyklejanych do pokładu ido naszych t-shirtów.

Przynęta znowu poszła za burtę, a rozpalony walką Maciek cały czas obserwował wędkę. Po chwili sytuacja powtórzyła się i kolejna barrakuda była nasza. Teraz to była jego zdobycz. Słońce właśnie minęło zenit, a my byliśmy już blisko kolejnej wyspy. Gdy zapytałem załogę czy chcą zrobić mały odpoczynek i zjeść właśnie co złowiony obiad wszyscy przytaknęli z entuzjazmem.

W rejonie naszego żeglowania nie zabiera się złowionych dwumetrowych i większych barrakud. Ich mięso jest wtedy trujące. W innych rejonach Karaibów z kolei trzeba u zwracać wagę na kolor ryb. Dokładnie przed rejsem wypytywałem tubylców o takie sprawy. Jakie ryby można łowić i jeść, jak na nie polować. Nigdy nie łowię ponadto co zaplanujemy zjeść, a wierzcie mi nic tak nie smakuje jak własnoręcznie złowiona ryba czy inna zdobycz także własnoręcznie przyrządzona na barbecue, które w tym pasatowym rejonie, jeśli stoisz na kotwicy lub beczce całkiem bezpiecznie pracuje przymocowane na koszu rufowym jachtu.

Stanęliśmy na beczce. Prawie cała załoga postanowiła wybrać się na brzeg, coś zjeść i trochę potańczyć, bo z pobliskiej restauracyjki dolatywały bardzo zachęcają rytmy. Na jachcie zostałem tylko ja i Maciek. Staliśmy dalej niż zwykle od brzegu, może dlatego dopiero po godzinie dobiła do nas jakaś łódka. Byliśmy dobrze zaopatrzeni i nie potrzebowaliśmy niczego co oferowali nam dwaj tubylcy. Po chwili rozmowa przy wspólnym piwie, którym ich poczęstowaliśmy zeszła na temat połowu ryb wokół tej wyspy, kiedy jeszcze zobaczyłem na dnie małej, drewnianej motorówki cały zestaw do połowu harpunem tylko parę chwil zajęło nam dogadanie się co do ceny za małą wyprawę na pobliską rafę.

Z takim wariatem jeszcze nie płynąłem motorówką. Silnik pracował na najwyższych obrotach a długi drewniany dziób wbijał się w falę z takim pędem, że wszyscy byliśmy przemoczeni. Taka podróż trwała kilkanaście minut. Dopłynęliśmy do końca zatoki i kiedy dało się zauważyć pod wodą rozmyte zarysy dna stanęliśmy na kotwicy. Płetwy maska, fajka i harpun z gumowym naciągiem – to kompletne wyposażenie do połowu ryb podwodą, żadna pianka i balast, tylko to no i olbrzymie umiejętności poławiacza ryb. To było niespotykane przeżycie, kiedy obserwowałem jak po każdym zanurzeniu trwającym od jednej do dwóch minut nurek wynurzał się z wody i za każdym razem nadziewał na długi kijek kolejną zdobycz. Nurkował tak dziesięć razy, bo na kolację zaplanowaliśmy dla każdego z załogi po rybce. Kiedy podpłynął do burty łódki i na czerwonym dziobie łódki położył zdobycz, w zachodzącym słońcu zobaczyliśmy ferie kolorów złowionych ryb. Każda inna, każdą kolorowa, błuszcząca. Ta najbardziej ubarwiona to ryba papuzia. W sam raz na kolację dla jednego głodnych żeglarzy. Wszystkie miały jednakowo otwarte pyszczki całkiem jakby śpiewały cieniutkimi głosikami, takie śpiewające ryby – podsumował Maciek.

Ustalona z naszym przewodnikiem kwota obejmowała skrobanie i patroszenie ryb. To wszystko zostało już wykonane na naszej rufie. Kiedy wiadro ze sprawionymi rybami wypełniło się, usiedliśmy razem na odkrytym pokładzie chwilę rozmawialiśmy o niełatwym życiu na archipelagu. Jeśli są turyści da się żyć, trzeba jeszcze odłożyć na czas po sezonie, kiedy mało kto tu przyjeżdża obawie przed huraganami. Innej pracy nie ma, no chyba że na nielegalnych plantacjach marihuany, ale to raczej na Dominice i Santa Luci, tutaj albo złowisz ryby, albo nie masz co jeść. No jeśli masz jakieś niewielkie uprawy, to jest nieźle. Przemysłu nie ma żadnego. Tylko turystyka.

W pewnym momencie źle odłożony przeze mnie nóż do skrobania zsunął się ze stołu i jak to z niesfornym nożem bywa z pluskiem wpadł do wody. Tu było z dziesięć metrów pod stępką. Nasz czarny nurek delikatnie odłożył palącego się papierosa, wziął głęboki oddech i bezszelestnie zsunął się do wody. Po kilkunastu sekundach równie bezszelestnie wypłynął z nożem trzymanym w zębach. Spokojnie wszedł na pokład i dokończył ćmiącego się stale papierosa.

- No problem – usłyszeliśmy tylko i przerwana w pół słowa rozmowa potoczyła się dalej.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę i nasi podwodni łowcy obdarowani dodatkowymi paczkami papierosów i puszkami piwem odpłynęli do swojej wioski.

Kiedy ściemniło się dostrzegłem umówiony sygnał latarką dawany z brzegu. Wskoczyłem do naszej dingi popłynąłem po powracającą z lądu załogę. W połowie drogi do brzegu niespodziewanie lunął prawdziwy tropikalny deszcz. Kiedy zmoknięta załoga ładowała się do łódeczki musieliśmy w drodze powrotnej co chwila opróżniać ją z deszczówki. Z sufitu spadały miliardy ciężkich kropel ciepłego tropikalnego deszczu. Olbrzymie, ciężkie krople sprawiały, że woda zatoki bombardowana deszczem wyglądała jak najeżona soplami. W miejscu uderzenia kropli powstawał najpierw niewielki lejek, a potem morze powrotem wypluwało kroplę do góry która przez ułamek sekundy spoczywała na zwężającej się wodnej nóżce, bo po chwili spadając znowu do morza rozpłynąć się dziesiątkami kręgów. Tysiące malutkich falek zderzało się co chwila ze sobą tworząc istną rozedrganą orgię kropel słodkiego siekącego deszczu i słonych rozbryzgów. Wśród tej wodnej szamotaniny, która już sama w sobie stanowiła niesamowite widowisko co chwilę napotkawszy światło naszych czołówek wyskakiwały w powietrze sprzed dziobu naszej dingi rybki wielkości dużych śledzi. Widziałem je przedtem u chłopców bawiących się na plaży. Długie niczym ręka od łokcia do nadgarstka, błękitne i całkiem smaczne jak zapewniali mnie mali rozmówcy. Nam nie udało się ich złapać ale samo widowisko było wystarczająco ekscytujące.

Już całkiem przemoczeni na jachcie wszyscy jednogłośnie zgodzili się z podsumowaniem dzisiejszych doznań, że jak na żeglarzy był to wyjątkowo rybny dzień. Nikt nie spodziewał się, że w kolejnym dniu naszej wyprawy dotrzemy przez czyściec do prawdziwego Edenu. Ale… o tym już w następnym karaibskim opowiadaniu.

... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2014