"Przewodnik prawdę Ci powie"


Żeby nie było niejasności nie mówię o żadnym wydawnictwie, choćby o Pascalu, Explore Guide czy National Geografic. Myślę o prawdziwym przewodniku, który bierze Cię za rękę i wiedzie w miejsca o których „rasowy” turysta nigdy i nigdzie nie wyczyta. Taki przewodnik nie nosi dużego, czarnego lub pstrego kolorami parasola, który całej wycieczce służy za drogowskaz wśród tłumów, by podążać za tym który wie wszystko o wszystkim. Taki przewodnik nie ogłasza się na Facebooku, czy w lokalnej prasie, nie włada pięcioma językami i na dodatek Esperanto. Nie jest ubrany „wyjściowo”, czasami nawet sam nie wie, że jest przewodnikiem...

On zna swój mini świat od urodzenia, dogłębnie, ze wszystkimi niebezpieczeństwami i cudami tylko w tym świecie osiągalnymi, zna zależności pomiędzy ludźmi tworzącymi jego mikrokosmos, wie kiedy, którędy i dokąd.

Spotyka się ich zawsze i wszędzie. Trzeba mieć tylko tę odrobinę ufności i odwagi by zejść z ubitych ścieżek ciut na bok, tam gdzie z pozoru szaro i nic ciekawego zdarzyć się nie może. Trzeba zrobić ten pierwszy krok.

***


Po raz pierwszy spotkałem takiego człowieka na St. Vincent kiedy podpłynął do naszego jachtu na obgryzionej do połowy przez wielkiego rekina desce surfingowej. Nieśmiało zaproponował nam kilka orzechów kokosowych, potem pokazał jak można je otwierać uderzając jeden o drugi, a potem, potem zaprowadził nas do Edenu. Tak nazwaliśmy zroszone wilgocią zielone ogrody zawieszone na zachodnich zboczach St. Vincent. Z zimnymi wodospadami, z tęczami zawieszonymi wokół drzew pełnych grapefruitów i pomarańczy, z długą rozmowa z tubylcami, którzy chodzili tam by odetchnąć od upału wybrzeża. Nie musieliśmy kupować żadnych biletów by zaznać tego świata, po prostu On podzielił się nim z nami.

***


Kolejny raz spotkaliśmy Prawdziwego Przewodnika w Forte de France kiedy szukaliśmy wieczorem jakiejś knajpki z kreolskim jedzeniem. Krążąc niewielkim uliczkami Rue Simon Bolivar, Rue de la Republique, wokół For de France Cathedral, Rue Victor Hugo mijaliśmy go kilka razy, a może to on podążał naszym śladem? Zawsze stał nieruchomo, uśmiechał się do nas i Nic nie mówił, patrzył się na nas i uśmiechał pokazując oględnie mówiąc niekompletne uzębienie. Kiedy mijaliśmy go już kolejny raz bez słowa wskazał nam podnosząc kikut ręki restauracyjkę, która schowała się w jakiejś ciemnej bramie. Wstąpiliśmy do wskazanej przez niego knajpki. Nie poszedł za nami. Kiedy po dwóch godzinach wychodziliśmy oczarowani atmosferą restauracji i rozsmakowani w kreolskich specjałach, które nam serwowano, on stał dokładnie w tym samym miejscu w którym go zostawiliśmy. Uśmiechnął się tylko do nas i powiedział – do jutra. Po powrocie na jacht przeszukiwaliśmy wszystkie przewodniki w poszukiwaniu uroczej knajpki ale w żadnym jej nie było.

Następnego dnia w drodze na przestanek autobusowy, planowaliśmy wyprawę do ogrodu botanicznego Balata, spotkaliśmy go gdy stał w cieniu oparty o ścianę kolorowej kamienicy. Uśmiechał się, nic nie mówił i machał do nas tym swoim kikutem. Dopiero teraz, zorientowaliśmy się że jest niemową. Nie wiadomo kiedy jedna z załogantek - Marzena zniknęła gdzieś za rogiem by po chwili pojawić się z olbrzymią francuską kanapką zrobiona chyba z całej świeżej bagietki. Bez słowa przyjął ją od nas.

Pomachaliśmy mu na pożegnanie, a on wskazał nam skinieniem głowy skrót pomiędzy domami, którym dużo szybciej doszliśmy na dworzec autobusowy. Przecież nikt mu nie mówił że właśnie tam szliśmy...

***


Tak naprawdę nie potrzebowaliśmy na dzisiaj przewodnika. Mieliśmy w planach tylko niewielkie zakupy na największym bazarze St. Luci. Już kilka razy tam byłem i wiem, że turyści tacy jak my, mogą się na nim poruszać całkiem bezpiecznie. Jednak urok osobisty, dowcip i żywiołowość młodego Karaiba oferującego swoje usługi przewodnika, który urzekł zwłaszcza nasze dziewczyny zaważył na decyzji wynajęcia go na dzisiejszą eskapadę.

Szybko przekonałem się, że kobieca intuicja także w tej sferze jest niezwykle przydatna. Po pierwszych zachwytach rozmaitością i obfitością tysięcy przypraw, po szybkich łykach mleczka kokosowego z dopiero co rozłupanych dla nas kokosów zboczyliśmy z głównych alejek targu na te węższe, ciemniejsze, leżące na jego obrzeżu, tam gdzie inni turyści nie zapuszczali się. To właśnie tam poznaliśmy smaki aromatycznych nalewek rumowych, którymi częstowali nas przyjaciele naszego przewodnika. Nie zdawałem sobie sprawy jak łatwo za kilka IC można dostać tam płytę CD z dowolnym nagraniem z całego świata którego ucho i dusza zapragnie. A potem zabrał nas do swojego domu gdzie poczęstowano nas najprawdziwszym własnej produkcji 70% rumem, jabłecznikiem upieczonym właśnie przez jego mamę. Opowiedziano nam historię rodziny osadzonej tutaj jeszcze w czasach niewolnictwa. W niewielkim ogrodzie otaczającym zabudowania nasz Prawdziwy Przewodnik pokazywał jak wspinać się na drzewa grapefruita, jak wybierać dojrzałe owoce, jak skutecznie w ogrodzie schować pod dużymi, niewinnymi liśćmi te mniejsze, bardziej aromatyczne, jak podać świeży melon z lodem i cukrem, jak przyrządzić naprawdę kojący upał napój z mięty, jak ciąć długie, mięsiste liście aloesu by delikatnie położone na poparzonej słońcem skórze przyniosły natychmiastową ulgę.

W jego radosnym towarzystwie dzień minął nam wyjątkowo szybko i niepostrzeżenie. Wracaliśmy na Jach bogatsi o wiele więcej niż warte były pieniądze które zapłaciliśmy mu za cały dzień pracy.

***


W czasie jednej z wypraw Prawdziwy Przewodnik dosiadł się do naszego stołu gdy biesiadowaliśmy w czasie piątkowego, nocnego festynu w jednej z wiosek St. Luci. Każdej z naszych dziewczyn wręczył z uśmiechem mały biały kwiatek i rozpoczęła się przerywana głośną muzyka rozmowa. Rzęsiście oświetlona uliczka tętniła karaibskimi rytmami. Z olbrzymich kolumn rozstawionych wzdłuż deptaka, wokół straganów co chwila rozlegało się chrapliwe „No women, no cry” w wykonaniu miejscowego boga - Boba Marleya. W dziesiątkach mini kuchni można było dostać dosłownie wszystkie rodzaje owoców morza łowione w przybrzeżnych wodach, przyrządzonych na karaibskie sposoby.

Prawdziwy Przewodnik po kilkunastu minutach prostu zaprosił nas do swojego domu, jak się okazało znajdującego się dosłownie sto metrów od głównej „arterii”. Kiedy zaczęliśmy oddalać się od rozśpiewanej i jasno oświetlonej głównej uliczki, muzyka zaczęła cichnąć, a nas zaczął otaczać gęsty karaibski mrok. W pierwszej chwili poczułem się dosyć niepewnie gdy nierozpoznane ciemne postacie mijały nas przypatrując się uważnie naszej wycieczce. Za każdym razem przewodnik wyjaśniał – This is my friends, i spokojnie szliśmy dalej. Zdawałem sobie sprawę, że bez niego nigdy nie odważyłbym się zagłębić w te ciemne uliczki. Po kilku chwilach kiedy wzrok przywykł do ciemności, a drogę rozświetlał tylko jasny księżyc zrozumieliśmy jak wiele wymiarów posiadają tropikalne wyspy. W tej chwili znajdowaliśmy się na tym najbiedniejszym, rzeczywistym krańcu karaibskiego świata, wśród rozpadających się domków, a właściwie tutejszych faveli. Weszliśmy do chatynki naszego przewodnika i przy zapalonej świeczce, wśród odrapanych, rozpadających się ścian zostaliśmy z największymi honorami poczęstowani lekko osłodzoną, zakrapianą sokiem z limonki, chłodną wodą. Nie mieliśmy gdzie usiąść, w pokoju było tylko metalowe, rozklekotane łóżko i niziutki stół, w oknach straszyły popękane szyby. Kiedy zapytaliśmy gdzie mieszka reszta jego rodziny, uśmiechnął się tylko, wzruszył ramionami i powiedział, że nie stać go na założenie rodziny. Ze ścian, przypięte pinezkami patrzyły na nas w ciszy roznegliżowane, powycinane ze starych gazet modelki. Nasz Prawdziwy Przewodnik z dumą pokazał nam schowane do tej pory pod łóżkiem stare, poobijane, radio, które dostał w spadku po bace.

Kiedy ustawił je na stole i włączył, musieliśmy dłuższą chwilę czekać zanim lampy nagrzały się i z chrypiących głośników popłynęła dobrze znana wszystkim melodia „No women no cry”. Chyba właśnie w czasie dzisiejszej, ciemnej, upalnej nocy zyskaliśmy prawdziwe tło do poznania karaibskiego świata.

***


Nie planowaliśmy zatrzymywać się w tej części wybrzeża Dominiki pozbawionego urokliwych zatoczek. Chcieliśmy płynąć dalej na północ ale wypatrzeni z brzegu przez tubylca na szybkiej motorówce, zostaliśmy zachęceni do zacumowania przy wskazanej beczce. Zbliżał się zmrok i chyba nie mamy już ochoty szukać dale jakiegoś przytulnego miejsca na noc. Za namową dosyć młodego chłopaka z motorówki stajemy na beczce ustalając, że jutro z rana właściciel „mini portu” - zachwalany Sea Cat - przewodnik po Dominice zabierze nas w głąb wyspy.

Rano, kiedy spotykamy się z naszym nowym przewodnikiem w umówionym miejscu na brzegu, ustalamy zapłatę i czas przeznaczony na wyprawę w głąb wyspy..

Wiem, że tutaj nie ma sensu pytać o klimatyzację w samochodach bo odpowiedź zawsze będzie taka sama, zresztą tak jak rzeczywistość. Maciek, któremu upały dają się we znaki, dopiero pierwszy raz jest w tropikach, oczywiście zadaje to pytanie, a nasz przewodnik oczywiście odpowiada, że klimatyzacja jest i cały czas jest otwarta. Oczywiście busik, którym wyruszamy w podróż ma klimatyzację w stylu karaibskim, - to znaczy szybki w oknach samochodu są stale odsunięte i powietrze gdy się jedzie napływa do wnętrza. Klimatyzacja której prawdopodobnie Maciek się spodziewał funkcjonuje tylko czasami w tych lepszych, droższych sklepach i tak naprawdę nie ma się co do niej przyzwyczajać bo później trudniej powracać do upalnej atmosfery Karaibów. Takie drobne niedoskonałości pojazdu są niczym w postaci stale wyciekającej z silnika jakiejś cieczy, której zapach i konsystencja budzi niepokój męskiej części naszej wycieczki. Sea Cat macha tylko ręką – ten typ tak ma. Nasze prawdziwe zaniepokojenie wzbudza jednak fakt tankowania benzyny zamiast oleju napędowego. Widzimy, spoglądając przez okna jak zaintrygowany Sea Cat rozmawia o czymś z obsługującym dystrybutor krajowcem nie zwracając zupełnie uwagi na to jaki rodzaj paliwa wlewa się do baku, ale widocznie ten typ silników tak ma i nie ma się czym martwić. Słyszymy tylko jak odjeżdżając krzyczy do właściciela stacji, że zapłaci jak wróci wieczorem. Po kilku minutach silnik odmawia jednak posłuszeństwa. Nasza wyprawa opóźnia się o godzinę potrzebną na przepłukanie zbiornika, przewodów paliwowych i całego silnika.

Jednak w czasie wyprawy nasz niepokój powoli zamieniał się w fascynację tym obrazem wyspy który ukazywał nam Sea Cat. Opłakany stan samochodu stał się całkiem nieistotnym szczegółem całego przedsięwzięcia. To dzięki naszemu nieprzewidywalnemu przewodnikowi poznaliśmy prawdziwe oblicze lasu tropikalnego gdy rozgniatając w palcach świeżo obłupaną korę cynamonowca upajaliśmy się aromatem tak zwodniczym dla naszych zmysłów. To on pokazał nam, które drzewa i owoce mango są najlepsze i jak wybierać je u sprzedawców. Zawiózł nas do miejsc gdzie w tradycyjny sposób wciąż ręcznie wyciska się słodki sok z trzciny cukrowej. Sami wyciskaliśmy słodki syrop i próbowaliśmy go na środku plantacji. Zawiódł nas w takie miejsca niedostępnych wodospadów do których innym nie dane było dotrzeć. To wreszcie on nauczył mnie i pokazał jak dostać się do serca największego wodospadu Dominiki gdzie tysiące litrów wody pieniło się spadając z olbrzymiej wysokości.

Pierwszy raz widziałem tubylca tak zakochanego w swoim świecie, tak niezależnego w swoim działaniu, tak dumnego. Czy papierowy przewodnik, choćby najlepszy pozwoliłby na poznanie tego co pokazał nam Prawdziwy Przewodnik Sea Cat? Przewodnik nad przewodnikami.

***


Wszędzie tam gdzie wiedli nas nasi Prawdziwi Przewodnicy wsiąkanie w nastrój miejsca przebiegało natychmiast. Otwierały się przed nami wszystkie drzwi, nie musieliśmy od nowa zdobywać zaufania ludzi, których codzienne, zwykłe życie zostało przed nami odsłonięte. Dzięki nim mogliśmy zaznać smaku karaibskich upalnych dni i nocy przepojonych gęstym aromatem lasów tropikalnych, - nie tych wyidealizowanych z ulukrowanych stron przewodników, tych prawdziwych.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2015