Usłyszeć wiatr (Część II)

Wodospad.


— Teraz pojedziemy sprawdzić jak oddycha wodospad.

W głębi duszy zastanawiałem się czy dobrze przetłumaczyłem jego słowa. Choć brzmiały tajemniczo, już wtedy czułem, że po Sea Catsie można się wszystkiego spodziewać, zwłaszcza po jego „czarach” przy cynamonowym drzewie. Przecież w plecakach, niczym najcenniejsze trofeum, każdy z załogi niósł korę aromatycznego drzewa pozyskaną przed chwilą w tak niecodziennych okolicznościach.

Zaczarowani daliśmy się wieść przez tropikalny las zupełnie nie wiedząc w którą stronę idziemy. Słońce schowało się gdzieś wysoko za zbitymi koronami drzew, w dodatku od rana było przesłonięte gęstymi chmurami. Brakowało mi jakiegoś punktu odniesienia by móc odnaleźć się w plątaninie zwodniczych ścieżek Dominiki.

Niespodziewanie gąszcz zniknął i równie niespodziewanie znowu pojawiliśmy się przy samochodzie. Olbrzymi spychacz właśnie odsuwał ostatni kamień. Drogę mieliśmy wolną. Sprawnie zapakowaliśmy się do środka i wkrótce pędem gnaliśmy na przemian, raz w górę raz w dół. Zielone, zakrzewione doliny zamieniały się w porośnięte wysokimi drzewami góry.

Po kilkunastu minutach szaleńczej jazdy w kabinie wyraźnie było czuć woń palonych hamulców.

— Są wzmocnione — chyba dla uspokojenia padło zza kierownicy. — To już wodospad — usłyszeliśmy, i samochód zatrzymał się na niewielkiej zielonej polance.

Byliśmy przygotowani na zapowiedzianą kąpiel. Wyjmowaliśmy z podręcznych plecaków ręczniki, kostiumy, okulary do pływania. Ja po prostu zrzuciłem z siebie wszystko oprócz kąpielówek, co w panującym upale od razu przyniosło ulgę skórze.

Rzeczy zostawiliśmy pod niewielkim zadaszeniem dla turystów takich jak my. Okazało się, że jesteśmy przy Ti Tou Gorge jak obwieszczała mała drewniana tabliczka osadzona drewnianym paliku.

Uważnie stawiając bose stopy na śliskich kamieniach brnęliśmy przez płyciznę. Szliśmy w górę zwężającego się strumienia. Kiedy tylko zaczął się pogłębiać na tyle by można było się w nim zanurzyć uczyniliśmy to z wyraźną rozkoszą. Kilka razy spostrzegłem czujne spojrzenia Sea Catsa lustrujące zachowanie się naszej „wycieczki” w coraz bystrzej płynącej wodzie. Rozpoznawałem w jego zachowaniu troskę i odpowiedzialność za grupę, którą prowadził. Coraz bardziej podobało mi się, imponowało mi jego zachowanie, sposób w jaki podchodził do swojej pracy.

Razem z innymi turystami wiedzionymi przez swoich przewodników pokonaliśmy kilka zakrętów w coraz szybszym nurcie, pluskając się w wodzie całkiem jak horda dzieciaków. Z każdym załomem wysokie skalne ściany zbliżały się do siebie, a rzeczka stawała się coraz głębsza. Wpłynęliśmy wreszcie do sporej pieczary w której spadał główny wodospad. Rwący nurt przedzielał ją skłębioną kipielą nie do przebycia. Dalej już żadna z grup nie odważyła się płynąć. Sea Cat spojrzał na nas pytająco. Wydawało się nam, że tutaj kończy się nasza eskapada, że dalej ani rusz. Narowisty nurt porywał co chwila kogoś i wyrzucał po drugiej stronie jaskini. Tak bawili się inni turyści. Pozostali z naszej grupy leniwie unoszeni prądem spływali z powrotem w stronę zielonej polanki.

Ignacy, Tomek i ja kiwnęliśmy do naszego przewodnika, co znaczyło „idziemy „ dalej. Sea Cat wykonał ruch ręka z góry na dół naśladując ruch węża i wtedy od razu zrozumiałem o co mu chodzi. Z resztą za chwilę sam pokazał nam co mamy robić. Tak jak on, nabrałem do płuc cały zapas powietrza i zanurkowałem płynąc pod nurtem, tuż nad kamienistym dnem na drugą stronę jaskini, gdzie nikt inny prócz nas nie mógł dotrzeć. Kiedy wynurzyłem głowę już po drugiej stronie spienionego nurtu musiałem przytrzymać się chropowatej ściany, by nie dać się oderwać nurtowi i być wyplutym kilkanaście metrów dalej, niwecząc w dodatku cały włożony w przeprawę wysiłek. Sea Cat z uznaniem pokiwał głową. W potężnym szumie spadającej w górze wody żadne ze słów nie miało szans dotrzeć do naszych uszu. Po chwili dołączyli Ignaś i Tomek. Z ich oczu biła duma z pokonania rwącego nurtu … sposobem. Ale to jeszcze nie był koniec naszych peregrynacji. Sea Cat znowu kiwnął ręką i jeszcze raz pokazał miejsca na skalnej ścianie gdzie trzeba postawić stopy, gdzie chwycić się skały. Widziałem jak uczepiony niczym pająk pełznie przyklejony do ściany jaskini raz nad wodą raz całkiem zanurzony nurkując. Uważnie notowałem każdy jego ruch i kiedy zobaczyłem jak po dłuższej chwili podwodnego spaceru prostuje się na górnej półce z której spada wodospad nie chciałem wierzyć własnym oczom. Rozparty ramionami i nogami w wąskim kamiennym gardle z którego buchała woda stał trzęsąc się cały i dygocząc pod jej naporem. Niespodziewanie usłyszałem jego triumfalny krzyk, który odbity od owalnego skalnego sklepienia powtórzył jeszcze kilka razy. Na chwilę oderwał jedna rękę od wielkiego kamienia i w powietrzu powtórzył swoja podwodną trasę. To wystarczyło mi by zrozumieć którędy trzeba się przesmyknąć. Nie myślałem wtedy, że to jest cholernie trudne, myślałem po prostu, że jest to niemożliwe. Zanurzyłem się i otworzyłem pod wodą oczy. Prawie po omacku, w zielonej zbełtanej kipieli pomieszanej pół na pół z bąbelkami powietrza parłem na przód prawie stapiając się z chropowatą skałą. Śliska i zimna stanowiła moje jedyne oparcie. Już długo byłem pod wodą, kiedy nagle po czułem silna dłoń na moim ramieniu. Sea Cat schylił się i pomógł mi podciągnąć się na skalny występ. Byłem na górze. Zrozumiałem czemu Sea Cat tak głośno wrzeszczał kiedy pojawił się na szczycie wodospadu. Robiłem to samo, a może nawet głośniej w jakiejś pierwotnej ekstazie pełen niepisanej dumy z osiągnięcia celu. Już teraz we dwóch dzielnie trwaliśmy na skalnej półce i pomagaliśmy pozostałym chłopakom. Po chwili dołączyli do nas Tomek i Ignacy. Pierwszy skoczył w odmęty wodospadu z głośnym okrzykiem Sea Cat. Odbił się bardzo mocno i poleciał w dół na wpół niesiony wodą. Potem Tomek, Ignacy, wreszcie ja. W momencie skoku uwolniłem całą swoja energie w jednym długim okrzyku radości i triumfu. Kiedy po długiej chwili wynurzyłem się niesiony zwariowanym prądem, olbrzymie, radosne uczucie spełnienia przepełniało mnie do reszty.

Zbyszek, który nie pływał z nami, wybrał się do wodospadów idąc w górę rzeki. Opowiadał nam, że szczelina w której chowała się rwąca rzeczka wyglądała z góry jakby niespodziewanie skała pękła i potok zapadł się pieniście bulgocząc różne zdania zdziwiony z takiego niespodziewanego żartu natury. Z pewnością tak musiało się stać w momencie powstawania wulkanicznej Dominiki. Zbyszek opowiadał, że nasze sylwetki co chwila nikły pod woda, i że trochę się o nas bał, zwłaszcza gdy zaczęły dobiegać go z dna źlebu jakieś potworne, dzikie wrzaski.

Chwilę odpoczywaliśmy zmęczeni wodno skalną wspinaczką chroniąc się przed upałem pod zadaszeniem na zielonej łączce, by pochwili upakowani z powrotem w busiku udać się do naszej dzisiejszej głównej atrakcji – największych wodospadów na Dominice. Ten, który przed chwilą zaliczyliśmy jak się okazało był tylko wstępem do prawdziwych wyzwań dzisiejszego dnia.

Do wodospadów Trafalgar dotarliśmy niebawem. Słońce powoli przesunęło się na zachodnia stronę Waitikubuli jak tubylcy nazywają swoja wyspę i oświetlało wodospady teatralnym światłem „en face”. Z miejsca gdzie musieliśmy opuścić samochód nie wydawały się nam takie duże jak opisywano w przewodnikach. Ani „Matka” ani tym bardziej nieco mniejszy „Ojciec” nie wydawały się nam groźne i niebezpieczne.

Kiedy idąc dłuższą chwilę w ich stronę zobaczyliśmy tabliczkę z napisem: „Warning. This river is prone to flash floods proceed beyond this point at your own risk.” Co mniej więcej w całkiem wolnym przekładzie znaczy – „za tymi drzwiami radź sobie sam, nikt nie weźmie za ciebie odpowiedzialności!” zrozumieliśmy, że tu już żartów być nie może.

Po rzeczowym obgadaniu sprawy dziewczyny postanowiły zostać w ciepłym siarkowo żelazianym bajorku sprzyjającym poprawie cery, sami zaś potruchtaliśmy za przewodnikiem ku wodospadowi. Zaczęliśmy wspinać się po olbrzymich głazach wysokości co najmniej dwóch stojących na sobie mężczyzn. Kiedy dotarliśmy do miejsca w którym powietrze zaczynało być pełne kłębiących się miriadów rozpylonych kropelek wody i wielobarwne kaskady tęcz mieniły się jak w kalejdoskopie, skala trudności wzrosła na tyle, że musieliśmy dalej posuwać się za każdym razem szukając podpory co najmniej w trzech punktach. Po prostu głazy stały się tak śliskie, że można było iść praktycznie tylko na czworakach.

Znowu tylko nasz przewodnik i my szliśmy ku wodospadowi. Inni turyści już dawno pozostali w tyle i nie próbowali zagłębiać się w rozległe gruzowisko u podnóża wodospadu. Zalegali w dziesiątkach płytkich bajorek ciepłej i zimnej wody spływających z dwóch bliźniaczych wodospadów. Źródła jednego z nich były położone znacznie bliżej jakiejś magmowej rozpadliny niosąc gorące wody naprzeciw lodowatym strugom swojego brata. Można było znaleźć takie miejsca gdzie strumień wpadający do bajorka raz parzył raz ziębił ciało.

Niezaprawieni w nietypowej wspinaczce, kiedy dotarliśmy do podnóża wodospadu, byliśmy już nieźle zmęczeni. W miejscu gdzie wodospad rozpędzonymi strugami uderzał o kamienisty fundament góry utworzyło się niewielkie naturalne jeziorko. Wgniecenie w litej skale żłobione i powiększane przez tysiące lat miało teraz już kilka metrów głębokości. Drobny żwir pulsował życiem wodospadu. Wirował, drżał, podskakiwał i wreszcie osadzał się na brzegu z dala od głównej kipieli, która spieniała tony wody tuż pod stromą ścianą.

Sea Cat zbliżył swoja głowę do naszych. Głośno krzycząc wyjaśniał jak mamy się poruszać, i którą stroną podejdziemy do żyjącej wody. Znowu nurkowaliśmy oszukując główny nurt jeszcze mocniejszy niż w poprzednim wodospadzie. Znowu przyklejaliśmy się do śliskich skał. To co wykonaliśmy poprzednio tylko raz, przyszło nam robić teraz po kilkakroć, za każdym razem wspinając się na wyższy taras, za każdym razem pokonując kolejny próg niemożliwości, kolejną barierę niewykonalności.

Nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że samodzielnie pokonałbym nawet tylko pierwszy z wodnych stopni strzegących wodospadu. Tu nieodzowna była wiedza, intuicja i umiejętności kogoś takiego jak Sea Catl. Sztuka współbrzmienia z nieokiełznanym żywiołem odnawiana codziennie. Każda próba walki z nim kończyła się połknięciem przez niewyobrażalny nurt, zmieleniem na miazgę, odessaniem kolejnej naiwnej ludzkiej duszy i wypluciem niepotrzebnego już ciałka kilkadziesiąt metrów niżej.

Staliśmy razem na przedostatnim kamieniu, na przedostatniej półce. Głęboki huk tysięcy litrów wody spadających z ponad 60 metrowej wysokości był potężny i wszechobecny. Całą przestrzeń wokół nas wypełniał wodny pył. Wydawało się że jesteśmy w olbrzymiej gardzieli przez którą wydobywa się wilgotny oddech wodospadu. Pod stopami drżała ziemia. Wodospad co chwila szturchał nas i popychał ku nicości, pulsując swoim niezrozumiałym dla zwykłych śmiertelników jestestwem żywiołu.

Stałem tam i trwałem wytrzymując jego napór. Zalewany niekończącym się potokiem orzeźwiająco zimnej wody, na swoich ramionach czułem zdawało się cały jego ciężar. Wiedziałem, że nie mogę pochylić się nawet o kilka centymetrów bo nie zdołam wytrzymać jego niesamowitego naporu. Przez ułamek sekundy przeleciał mi przed oczami widok cyklopa dźwigającego kulę ziemską, wyobraziłem sobie jak musze teraz wyglądać niosąc na barkach olbrzymi wodospad. Nie myślałem wtedy, że nawet mały kamyczek porwany gdzieś w górze rwącym prądem może nagle wyłączyć cały świat wokół mnie.

Sea Cat gdzieś zniknął. Wiedziałem, że mogę teraz skoczyć w dół, w kipiel i nic mi się nie stanie, że w dole jest wystarczająco głęboko. Pochyliłem się do przodu i dałem porwać spadającej wodzie. Przez jedna, wspaniałą sekundę poczułem się zjednoczony z wodospadem. Ogłuszony jego hukiem wpadłem do wody i nadal ufnie unosiłem się z prądem cały czas nie wynurzając się aż do momentu gdy pod plecami poczułem żwirowy brzeg. Usiadłem na grubym piasku i spojrzałem do góry, na zimny wodospad który dopiero co wypluł mnie ze swoich trzewi.

Zdumiony, zobaczyłem wtedy jak Sea Cat unosi się na przekór wszystkim prawom natury tuż nad progiem o który roztrzaskuje się woda. Musiał tam być jeszcze jeden ostatni stopień schowany za wodną kurtyną. To wyjaśnienie wcale nie umniejszało tego niesamowitego widoku, który obserwowałem z zapartym tchem. Stał tam gdzie nie można było wejść, gdzie nikt inny nie miał szansy dotrzeć. Aż do bólu, szczelnie otulony spienionym płaszczem pędzących kropli trwał opierając się naporowi rozpędzonej wody. Jego skóra, jego ciało, policzki, uda, brzuch, ramiona dziwnie pulsowały masowane tysiącami zimnych, natrętnych, wdzierających się dosłownie wszędzie wodnistych palców. Nie słyszałem nic oprócz huku wodospadu, ale dobrze wiedziałem, że w tej właśnie chwili Sea Cat z używając całej siły swoich płuc rozmawia z ojcem wodospadem, że jego okrzyki mieszają się ze spienioną wodą. Wiedziałem, byłem pewien, że takiego połączenia z żywiołem wodospadu mógł dokonać tylko jeden człowiek na świecie, tylko On.

***

W drodze powrotnej, już poza głównym korytem powstającej z wodospadu rzeki, zmęczeni, wolno przebieraliśmy się w miarę suche ubrania. Zjeżdżając z góry, która urodziła wodospady zatrzymaliśmy się na wcześniej zamówioną przekąskę w maleńkiej knajpce zawieszonej nad brzegiem olbrzymiego kanionu którym płynął ujarzmiony ciążeniem nasz wielki wodospad. Zaprosiliśmy Sea Catsa na wspólna kolację. Podziwiałem go jak cholera, wszyscy go podziwialiśmy. Wznieśliśmy wtedy kilka toastów za każdym razem pijąc jego zdrowie, obiecując jemu i sobie, że na pewno tu kiedyś wrócimy. Na pewno.

Wieczorny zjazd busikiem serpentyną żwirowych dróg ku wybrzeżu gdzie na beczce spokojnie kołysał się nasz jach upłynął w ciszy. Każdy przeżywał w duszy jeszcze raz tak intensywny dzień. Wypakowaliśmy się dokładnie w tym samym miejscu skąd rano zaczęliśmy naszą wyprawę.

Chciałem jakoś specjalnie podziękować mu za to co przy nim przeżyłem i … do dzisiaj jestem pewien, że tylko dzięki niemu mogłem tego doświadczyć. Nie namyślałem się długo. Postanowiłem w jednej chwili. Jeśli już coś dawać to rzecz cenną dla tego kto daje, inaczej chyba nie ma sensu…

— Pływa ze mą od dawna. Uważaj jest ostry jak brzytwa. — Co roku oddawałem mój niezastąpiony, prawdziwy fiński nóż do małego zakładu pod starym szyldem jeszcze Gerlacha na Książęcej, tuż przy Placu Trzech Krzyży w Warszawie gdzie był ostrzony i polerowany do błysku. Zwykle służył mi do precyzyjnego sprawiania ryb. W czasie rejsu dzięki niemu już jeden złowiony tuńczyk został sprawnie zamieniony na sushi dla całej załogi.

Ostrożnie, trzymając za klingę, podałem mój wysłużony nóż. Wziął go delikatnie i najlżejszym z najlżejszych cięć jednym pociągnięciem precyzyjnie, niczym szwajcarski zegarmistrz, odkroił kawalątek zgrabiałej skóry z czarnego kciuka. Schował nóż do pochewki, oparł się o balustradę, spojrzał ku morzu i podał mi wyciągnięte z olbrzymiej kieszeni kraciastej koszuli jedno z dwóch cygar.

Przez chwilę obracaliśmy obrane cygara w palcach wsłuchując się w ledwie słyszalną, słodką zapowiedź uczty dla powonienia uwalnianą przez skrzypienie wydobywające się spomięzy szczelnie zwiniętych, wysuszonych liści . Celebrując odpalanie zaciągnęliśmy się pierwszym rozciągniętym w czasie haustem dymu. Zrozumiałem, że mój gift został dobrze przyjęty, na co wskazywało cygaro, wierzcie, najprzedniejszej kubańskie jakości, z nieoficjalnej jak mniemam dystrybucji.

— Słyszysz wiatr? — Zapytał rozżarzając cygaro.

Nic nie słyszałem. W dodatku dym cygar unosił się pionowo do góry i żadnego wiatru moje wyczulone w tej materii od lat ciało nie czuło, a ucho nie słyszało. Pokręciłem przecząco głową.

— Nie słyszysz go? — pochylony zamilkł nadsłuchując. — On jest wszędzie, zawsze, tylko trudno go usłyszeć. Słyszysz? — Szepnął przykładając do ust palec w geście wyciszenia. Po chwili zamknął oczy i uśmiechnął się jak ktoś rozpoznający nadbiegającą z oddali ulubioną melodię. — Pamiętaj, musisz spoglądać daleko.

Zamknąłem oczy tak jak on. Trwaliśmy zatopieni w skupieniu kilka minut. Znając budowę zatoki i całej wyspy dokładnie wiedziałem, że dzisiaj nie ma szans nawet na cień wiatru. Głęboko wcięta, wtulona w wysoki, porośnięty lasem deszczowym wulkaniczny grzbiet, skutecznie tłumiła pasat nawiewający od strony Atlantyku.

— Nic nie słyszę — zrezygnowany powiedziałem raczej do sobie i otworzyłem oczy.

Nikogo wokół mnie nie było. Na ozdobnym murku leżało cygaro. Jasne, wątłe pasemko ulatujące ku górze pochylało się w stronę otwartego morza tak, by już po chwili stawać się jednością z rozmydlonym błękitem, by powrócić w to miejsce z którego wszystko bierze swój początek i koniec. Pomyślałem, że Sea Cat dał mi wtedy ostatnią wskazówkę. Zapatrzony w morze, trochę zawiedziony, usiadłem samotnie na murku. Zupełnie tego wtedy nieświadomy zacząłem oddychać w rytmie pulsującego morza. Poczułem, jak z każdą nadbiegającą falą, z każdym oddechem, ogarnia mnie coraz większe uspokojenie. Zamknąłem znowu oczy i… spojrzałem poza niewidoczny horyzont stopionego dziś nieba i morza, który niespodziewanie otoczył mnie zewsząd. Moje spojrzenie szybowało coraz dalej i wyżej.

Z przymkniętymi oczymaj mogłem o wiele uważnie wsłuchiwaćsię w odgłosy wyspy. Kiedy je zamykałem czułem całym sobą pulsowanie uwalniane rytmem rozbijających się o stromy wschodni brzeg nadbiegających, niewidocznych dla oczu fal. Wyczuwałem rozbiegane podmuchy uwięzione wysoko w górach. Czułem jak rozpędzony nad równinami Atlantyku wiatr potykał się tam o wysokie, wulkaniczne szczyty. Otulony szarymi chmurami unosił się po zielonych stokach ku wierzchołkom wygasłych wulkanów. Chwilę płynął bezpiecznie w nich schowany, a potem zniecierpliwiony strząsał z siebie najpierw rzęsisty, ciężki od obrzmiałych kropel deszcz, by potem porzucać niepotrzebne już, porozrywane stratusy z których pokapywał na nas wciąż niewidzialny, ciepły kapuśniaczek. Jeszcze raz na rozpalonej skórze poczułem miliardy zimnych, rozpędzonych kropel z wodospadu, jeszcze raz walczyłem z podwodnym prądem, jeszcze raz poczułem na twarzy tęczową wodną mgłę.

Kiedy otworzyłem oczy i na zwróconych ku ciemnemu niebu policzkach poczułem, prawdziwy, wieczorny, ciepły deszcz, dopiero wtedy usłyszałem. Dopiero wtedy zrozumiałem.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2011 r.

Zapraszam do miesięcznika JACHTING