Usłyszeć wiatr (Część III)

Piasek, ogień i woda.


Młody wiatr, jeszcze niezbyt narowisty, targał naszymi kolorowymi koszulami, zasypywał lotnym piaskiem bose nogi, myszkował po pustej plaży i gnał rozbawiony gdzieś dalej przed siebie.

Siedzieliśmy na olbrzymiej, pustej plaży w cieniu palm i chłonęliśmy jak gąbki wszystko to co nas otaczało. Zapachy nadbiegające z głębi płaskiej wyspy. Dziesiątki odmian błękitu przedzierającego się co chwila ostrym błyskiem słońca się przez skłębione chmury. Lazury, granaty, i inne mokre niebieskości zatopione w zatoczce rozpościerającej się u naszych stóp. Tak witała nas swoimi urokami piaszczysta Barbuda.

Dopłynęliśmy tu jeszcze przed południem uciekając z rozkrzyczanej amerykańską młodzieżą plaży na Saint Kitts. Kilka ciasnych zakrętów między ciemnymi plamami raf i już stoimy na kotwicy. Przed nami, na wyciągniecie ręki, olbrzymia, błyszcząca bielą plaża. Pod nami 5 metrów krystalicznej ciepłej wody. Przy burtach widzimy dziesiątki kolorowych ryb unoszących się w spokojnym, leniwym prądzie płynącym ze wschodniej części półwyspu, gdzie rozpościera się piaszczysty cypel. Właśnie tam zimny Atlantyk wlewa się do basenu Morza Karaibskiego, powoli ogrzewa i łagodnieje. Wygładza spienione, zmęczone długą, oceaniczną tułaczką fale niczym młoda dziewczyna fałdy spódniczki, tak mile zmęczona kolejnym zwariowanym, rockendrolowym konkursem Billie Holiday.

Połowa rejsu. Pierwszy tydzień już za nami. Właśnie zgoliłem brodę jak to zwykle na połowinki bywa i świecę białą, nieopaloną skórą. Leniwość opanowuje wszystkich. Pomimo późnego popołudnia upał niesamowity, i w dodatku ta lepka parność powietrza. Wodujemy gumową dhinki i wyprawiamy się na brzeg. Zalegamy w cieniu. Nikomu nie chce się ruszyć nawet tych kilkanaście metrów z powrotem, wpław, po chłodne piwo na jachcie.

To najdalej na północ położony odcinek naszego rejsu. Tuż za horyzontem kuszą Virgin Islands, ale to już następnym razem. Od jutra zaczynamy powrót na Martynikę. Za chwile podjedzie samochód i zabierze nas w głąb wyspy. Zakupy, zwiedzanie, może jakaś kolacja. Mnie też się nie chce wracać na jacht po aparat. Leniwie odpuszczam sobie pstrykanie. Tym bardziej, że nie mam ochoty w upale dźwigać czarnego plecaczka wypchanego sprzętem.

Kilkanaście minut jedziemy wąską, wyboistą drogą, a potem snujemy się wzdłuż niby baraków, niby domów, popijamy schłodzone napoje i wszyscy czekamy zachodu słońca który choć przez chwilę nocy zdmuchnie z nas wilgotny, rozpalony żar. Na naszych szerokościach geograficznych praktykuje się zamrażanie napojów w plastikowych butelkach i popijanie małymi łyczkami tego co się rozpuści. Bardzo dobry pomysł.

Czekając zmroku zasiadamy w obskurnej knajpce z odręcznymi napisami na ścianach, "No drugs please", "No smoking please". Trwamy odrętwieli, zanurzeni w niebieskim dymie jonitów, który palą tu wszyscy tubylcy. Kiedy błękitne opary pod sufitem zaczynają się skraplać, a słońce decyduje się wreszcie na kąpiel w morzu decydujemy, że już wystarczy. Zaczadzeni i lekko otumanieni i wychodzimy z ulgą na zewnątrz. Postanawiamy wracać na jacht, lecz niespokojny rytm uderzeń bębna wabi nas na placyk zapchany tubylcami i turystami takimi jak my.

Ustawieni w dużym kręgu obserwujemy jak ciemnoskóry żongler igra z ogniem na granicy zdrowego rozsądku i co najmniej poparzenia, jak nie samospalenia. Co chwila z jego ust buchają gejzery ognia. Mam wrażenie że to jakiś chiński wąż ognistymi oddechami rozświetla parną noc. Jego manewry olbrzymią maczugą długości roweru z dwoma płonącymi końcami wzbudzają zachwyt we wszystkich widzach. Raz po raz wyrzuca ją w powietrze niczym wirujący, ognisty parasol i po chwili łapie w rytmie miarowych uderzeń bębna.

Obok niego mały chłopak z równie czarną skóra i oczami. Z butelką w ręce. Są podobni do siebie, chyba bracia. Co chwila polewa kolejne wypalające się maczugi tak sprawnie miotane w górę przez jego kompana. Teraz przypominam sobie, że widziałem go już wcześniej jak ledwie prowadził trzymając za kierownicę dużo większy od siebie rower. Podchodzę do stosu wypalonych żagwi, biorę do ręki i wącham. Czuję zapach najczystszej benzyny, a nie eteru, który stosują "cywilizowani" połykacze ognia by obniżyć temperaturę palącego się medium, które co chwila jest w kontakcie z ciałem. To zaczyna być przerażające. Żongler smaruje sobie ręce i plecy pochodnią, która zostawia krwisty, płonący ślad na lśniącej skórze. Ogniste węże przebiegają jego ciało, żyjąc krótkim życiem maźnięć pochodni, nie zostawiając żadnych poparzeń. Jeszcze tylko znak krzyża na piersi, który ognistym śladem wypala się szybko i nagle cały plac zalewa morze oklasków zachwyconego, wiwatującego tłumu. Potem wiele garści drobniaków do puszki i także tych trochę większych nominałów.

Ale to nie koniec.

Wreszcie nadchodzi kulminacyjny moment. Nagi tors, błyszczące, lepkie od potu ciało, a może wysmarowane oliwą dla podkreślenia rysunku mięśni. Olbrzymie oczy, zupełnie ciemne, bez żadnego błysku jasnego białka, - chyba przez to takie niepokojące. To wszystko tonie w mroku gdy gaśnie wypalająca się powoli ostatnia pochodnia. Bęben milknie i na chwilę zalega całkowita ciemność. Nagle, od jednej iskry pojawia się mały jasny płomień na końcu niewielkiej, wąskiej jak palec pochodni. Mały pomocnik właśnie ją zapalił i ostrożnie podaję w wyciągniętej ręce swojemu bratu. Zauważam że zniknęła palmowa spódniczka, którą był przepasany żongler. Teraz na biodrach ma tylko prawie niewidoczne, zlewające się z hebanową skóra czarne slipki. Na początek kilka rozsmużonych ognistą poświatą esów floresów w powietrzu, a potem… te same zawijane zamaszyście esy floresy rozpalają się na całym ciele. Uda tors, plecy, ramiona, - wszystko rozświetlone ognistym szlakiem który zostawia piekielne pióro. Ogień nie przygasa tylko pali się i pali. Niespodziewanie, w górę, leci strumień rozbryzganej wody chluśniętej z plastikowego wiaderka przez małego pomocnika. Płonąca postać błyskawicznie ustawia się pod rzęsistą ulewą i następuje zdumiewająca przemiana, czarodziejskie obmycie. Spadająca z powietrza woda w jednej sekundzie zmywa z góry do dołu całą postać zabierając ze sobą cały skwierczący ogień. Wygląda to jakby ognisty płaszcz spadł nagle z ramion wysokiej postaci i legł wokół czarnych stóp dopalając się jasnym płomieniem.

Jeszcze długo stoimy w milczeniu. Widok jest niesamowity, a wrażenie ogromne. Wszyscy są zadziwieni i zaszokowani. My też. Jarmarczny popis nad popisy Takiego występu "ogniomistrza" nikt z nas jeszcze nie widział. Ten człowiek musi mieć azbestową skórę. Widzimy jak jego mały pomocnik okrywa go olbrzymim kocem. No pewno, po takim gorącu jest mu teraz chłodno. Rozchodzimy się. Widzę jeszcze w jak w ciemnościach obaj odjeżdżają rowerem, ten młody na ramie, ten starszy rytmicznie kręcący skrzypiącymi pedałami.

Wymieniamy kilka uwag Anglikami, Francuzami i Niemcami, tak samo rozpalonymi występem jak my. Rozgorączkowane słowa "Impossible", "Schone", "Unmöglich", "It's Amazing", "Unvorstellbar", "Wahnsinn", "Merveje" mieszają się na pustym prawie placyku z doskonale wyczuwalnym swądem spalonej benzyny.

Stojąc nad dogorywującym kręgiem który zrzucił z ciała przed chwilą ten zachwycający swym kunsztem czarnoskóry obiecałem sobie, że już zawsze, że wszędzie będę zabierał ze sobą aparat. Wyobraźcie sobie jak żałowałem wtedy, że zostawiłem go na jachcie.

Następnego dnia, przed świtem, zły na siebie za wczorajszy brak instynktu fotograficznego wybrałem się na ląd z zamiarem pstrykania do upadłego. "Złapałem" wtedy nagłą ulewę, która przetoczyła się nad pustymi domkami na plaży, kilka muszli i olbrzymich zielono-żółtych liści z tkanką delikatna wyplecioną przez tropikalną przyrodę niczym płótno najcieńsze. Snułem się coraz dale i dalej. Doszedłem na skraj opustoszałego ośrodka z dziesiątkami luksusowych mini willi dla bogatych turystów i zagłębiłem się w rodzaj lasu, buszu, licząc na motyle i może jakieś zwierzęta. Poruszałem się wolno i cicho. Po chwili usłyszałem spokojną muzykę, a właściwie nuconą delikatnym, wysokim głosem melodię.

Przede mną, na polance, w cieniu, wisiał rozpostarty pomiędzy palmami hamak. Obok tliło się dogasające ognisko przy którym krzątał się mały chłopiec, chyba właśnie zaparzał w olbrzymim czajniku herbatę. Przy palmie stał oparty o jej chropowaty pień znajomy rower. Rozpoznałem ich natychmiast. Podniosłem aparat i przybliżyłem w wizjerze postać leżącą w hamaku w taki … - nietypowy sposób, na brzuchu. Spojrzałem na plecy. Były jednym wielkim zbliznowaceniem.

Tego zdjęcia nigdy nie zrobiłem. Nie zrobiłem jeszcze jednego. Odszedłem na tyle, by być pewnym, że kiedy nawet chłopiec odwróci się w moja stronę, i tak mnie nie zauważy. Właśnie podszedł do brata, uklęknął przy hamaku i troskliwie, bardzo delikatnie smarował jakąś maścią jego poparzone ramiona i plecy.

Trzymałem w ręku aparat ale nie podnosiłem go. Nie wszystko jest na sprzedaż, nawet anonimową, tysiące kilometrów stąd. Pewnie nigdy by się nie dowiedzieli, że zrobiłem im zdjęcia. To była pierwsza myśl, ale już w następnej sekundzie trzymałem aparat przy oku i ustawiałem ostrość na bliznach i poparzeniach.

Wtedy, niespodziewany, niezapowiedziany podmuch niosący suchy pył i piasek dmuchnął prosto w moją twarz. Oczy zaczęły piec, a łzy nie potrafiły wypłukać ostrych ziarenek spod powiek. Usiadłem. Długo jeszcze tarłem oczy zanim oczyściłem je z piasku. Kiedy wstając podpierałem się ręką, zanurzyłem dłoń w gorącym i miałkim jak mąka piachu Barbudy. Podniosłem dłoń i ciągle załzawionymi oczami spojrzałem na iskrzące drobinki, które ugrzęzły w zakamarkach dłoni. Linia życia, lekko spocona, teraz skrzyła się usiana drobinkami piasku jak wody Nilu, które widziałem z wysoka lecąc kiedyś do Mombasy. Linia głowy też nieźle zapiaszczona i wreszcie linia serca. Dziwnie sucha. Nie przylepiło się do niej żadne ziarenko. Schowałem dłoń do kieszeni i wytarłem w spodnie. Tyle rzeczy robi się w życiu odruchowo.

***


Do domu przywiozłem tysiące zdjęć, setki obrazów pod powiekami i tą zapomnianą w zakamarkach kieszeni odrobinę piasku Barbudy. Jak pył zwiewnego, jak słońce gorącego, z zaplątanym wśród iskrzących ziarenek widokiem małego chłopca klęczącego przy hamaku. Ale jak się zastanowić, przecież tak naprawdę przywiozłem ze sobą tylko szczyptę zwykłego… piachu.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2011 r.

Zapraszam do miesięcznika JACHTING