Usłyszeć wiatr (Część IV)

Trzcinowy ptaszek.


Rzadko zdarza się by po przekroczeniu jakiejś granicy, magicznego progu, znaleźć się w zupełnie nowym, tajemniczym miejscu. Dla mnie takim przejściem był popękany, betonowy mostek na rzece wypływającej z gór po zachodniej stronie Dominiki. Nikt kogo pytaliśmy nie umiał odpowiedzieć dlaczego rzeka nazywa się Indian River. Dopłynęliśmy do jej ujścia na przeładowanej, drewnianej łodzi wyposażonej w silnik. Płynęliśmy wprost od naszego jachtu cumującego w zatoce. Przewoźnik, bardzo ostrożnie prowadził przegłębioną łódź, ale i tak kilka razy fala przelewała się prze burtę. Na szczęści, nie było to jakieś groźne grzywacze, tylko zabłąkane fale zatokowe. Przepływaliśmy koło olbrzymich motorowców wyrzuconych sztormami, a może grasującymi tu latem huraganami. Wraki zamieszkałe przez tutejszych autochtonów miały przekrzywione, zżerane czerwoną rdzą kadłuby. Połączone z lądem pajęczą siecią kabli doprowadzających prąd do żarówek, lodówek i telewizorów w niby mieszkankach osadzonych w rdzewiejących, stalowych kadłubach. My obserwowaliśmy karaibskie favele, a z wysokich, przechylonych burt obserwowano nas płynących długą łódką.

Przypatrywały się nam zwłaszcza dzieci. Ich główki wychylone przez powybijane luki miały tak urozmaiconą gamą fryzur i kolorowych włosów, że aż zapytaliśmy o to naszego przewodnika.

— Dzieci są nasze. To nasze dzieci. — Odpowiedział.

Nie dopytywaliśmy się dalej domyślając się, że to trudny temat.

Na straży, u piaszczystego wejścia do rzeki, w płytkim zakolu, gnił kolejny motorowiec przeżarty zielono-brązową rdzą. Ptasi strażnicy przyglądali się nam bacznie, jak na komendę przekręcając długie nosy w naszym kierunku. Białe, nawarstwione, smużyste ślady na dziurawych burtach świadczyły o tym, że to na pewno ich stałe miejsce towarzyskich spotkań.

Zmieniliśmy łódź. Przesiedliśmy się do nowej, wąskiej, wiosłowej wyglądającej jak piroga. Silnik zastąpiły ciche wiosła.

To stało się nagle i niezapowiedzianie. Nikt nie uprzedził nas, że od tej chwili znajdziemy się po drugiej stronie niewidzialnej kurtyny.

Za mostkiem, tak niskim, że przepływając pod nim musieliśmy schylić głowy ogarnęła nas czarodziejska aura baśni snutej przez rzekę. Od razu otoczyły nas zwieszające się z drzew liany, a długie korzenie wrastające w rzekę wyciągały się ku naszej łodzi. Przewodnik wiosłował w ciszy. Na zakrętach podpływaliśmy bliżej brzegu, wtedy odpychał się od mulistego dna lekką, bambusową tyczką.

Gęsta cisza koloru ciemnej zieleni, sączyła się z olbrzymich liści pozawieszanych u samego sufitu lasu. Dopiero kiedy wzrok przywykł do ciemnej aury tego miejsca spostrzegliśmy ruchomy, drżący dywan pełzający wśród poskręcanych pni wielkich drzew. Cicho podpłynęliśmy łodzią bliżej brzegu. Setki, a może tysiące krabów z wyczuwalnym tupotem odnóży rozpierzchało się uciekając przed naszą łodzią do swoich norek pochowanych w potężnych korzeniach. Niektóre z nich miały tylko jedną parę szczypiec, znacznie większą od innych. Groźnie szczękając wyciągniętymi wysoko ponad odwłok odnóżami, olbrzymie kraby niczym nożyco-ręcy rozbójnicy odstraszały nieproszonych intruzów.

Kiedy podpływaliśmy bliżej drzew i roślinności zwieszającej się do wody przewodnik systematycznie odcinał długie pojedyncze liście i kładł je na dnie łodzi. Widocznie zbierał je, by zabrać ze sobą do domu.

— Tutaj stała chata czarownicy — usłyszeliśmy.

Dłoń przewodnika nakreśliła w powietrzu koło i przed naszymi oczami ukazała się posępna ruina, którą wywołał z mroku ten gest.

— Wyobraźcie sobie, że sceny w chacie czarownicy kręcili faktycznie nocą, a my dowoziliśmy im wszystko łodziami, jedzenie, kamery, kostiumy — z dumą podkreślił przewodnik.

Nie spodziewaliśmy się, że trafimy na plan filmowy. Aparaty poszły w ruch i uwieczniały miniony czas zaklęty w starych dekoracjach kinowego hitu – któregoś odcinka "Piratów z Karaibów".

Łódź płynęła spokojnie w górę rzeki, a nasz przewodnik bardzo pewnie kierował nią delikatnymi pociągnięciami wioseł. Przyglądałem się jego rekom i dłoniom tak sprawnie trzymającym wiosła. Na prawym nadgarstku nosił błyszczący srebrem zegarek z olbrzymim cyferblatem i czarnymi, staromodnymi wskazówkami. Moją uwagę zwróciło to, w jaki sposób mógł odczytywać czas, skoro nosił go do "nogami do góry", tzn. godzina 6-sta była na górze, a 12 na dole.

Oczekując przekręcania dłoni, ręki i poprawienia źle założonego gigantycznego czasomierza zaintrygowany spytałem o godzinę.

— Dwunasta trzydzieści — usłyszałem po szybkim zerknięciu przewoźnika na zegarek. Na dodatek uśmiechnął się do mnie.

— To prezent o szefa produkcji "Piratów z Karaibów" — dumnie zaakcentował podnosząc w górę rękę by wszyscy w łódce mogli podziwiać srebrne cudo.

— Dlaczego jest źle założony? — wyręczyła mnie pytaniem jak zwykle spostrzegawcza Ania.

— To śmieszna historia. On nie ma żadnych pokręteł, same przyciski, a instrukcji obsługi już nie dostałem.

Rzeczywiście zegarek był super-elektroniczny, na dodatek pewnie jeszcze z baterią wystarczająca na dziesięć lat, tylko z takim staroświeckim designem.

— Ale wystarczy zapomnieć o cyfrach na nim, i dodać do ustawienia wskazówek 30 minut, wtedy jest ok.

Spojrzałem na swój, "przestawiony" już dawno na karaibski czas zegarek. Przekręciłem rękę i … rzeczywiście zgadzało się. Duża wskazówka spoczywała teraz w miejscu godziny szóstej, na samym dole, a duża tam gdzie godzina dwunasta. Wystarczyło teraz działać odwrotnie niż przewoźnik i dodać 30 minut. Teraz zegarek wskazywał idealnie czas europejski.

— No to szef produkcji musiał być Europejczykiem — pokazałem wszystkim mój zegarek machając wykręconą ręką w powietrzu.

— To był Amerykanin, Jerry Bruckheimer, ale wtedy przyleciał tutaj prosto z Londynu — usłyszeliśmy zbliżając się do kolejnego ciasnego zakrętu rzeki. — Tam już nie popłyniemy. Od tego miejsca zaczyna się rezerwat. Z reszta tam i tak nikt nie wpływa — dodał po chwili odkładając wiosła.

Zaciekawieni, spoglądaliśmy na ginące w zielonkawej mgle zakole. Chyba trudno było by płynąć dalej bo rzekę przegradzała szczelna, wydawało się nie do przebycia zasłona z poskręcanych gałęzi i lian.

Niespodziewanie, z głębi tej zielonej kurtyny wyleciała szara chmura, olbrzymi, szumiący rój. To był urzekający widok, kiedy tysiące kolibrów przeleciało nad naszymi głowami.

— Złe godziny wylatują z wnętrza góry. To nie jest dobry znak. I tak musimy zawracać.

Zdziwiło mnie to dziwne nazwanie kolibrów niedobrymi godzinami. Spojrzałem na resztę załogi ale chyba nikt nie usłyszał tego co właściwie do siebie powiedział nasz przewoźnik.

Podziwiając w milczeniu rzekę, unoszeni jej leniwym prądem płynęliśmy z powrotem. Wiosła złożone na dnie łodzi nie zakłócały ciszy najmniejszym chlupotem. Wydawało się jakby rzeka widziała którędy nas prowadzić, bezbłędnie omijając piaszczyste spłycenia prowadząc nas swym cichym nurtem. Jakby czuła w którym momencie popchnąć nas w kierunku pomostu, który wyłonił się zza zakrętu.

— Teraz mały odpoczynek — zadecydował przewoźnik i precyzyjnie dobiliśmy do drewnianej kei.

— Dlaczego rzeka nazywa się Indian River? — zapytałem wysiadając na brzeg.

Przewodnik nawet nie spojrzał w moją stronę, Myślałem, że nie usłyszał mojego pytania.

Okazało się, że bar w gęstwinie obok dziwnym trafem prowadzi siostra naszego przewoźnika. Siostra bliźniaczka jak usłyszeliśmy od niego.

Muzyka Boba Marleja rozbrzmiewała od pierwszego stąpnięcia na błotnistej ziemi. Była wszędzie, a jego podobizny, rzecz jasna z dredami wylewającymi się spod ogromnej czapki, wisiały na każdej ścianie baru. Z wielkich, czarnych głośników sączyła się muzyka gęsta jak tutejszy rum colą.

Trudno było się zorientować po słońcu, która jest godzina, bo cały las przykryty był chmurną przykrywką tak skutecznie, że zniknęły nawet nasze niewielkie cienie. Nikt nie patrzył na zegarki. Było nam dobrze w tym miejscu i czasie.

Moją uwagę zwróciła twarz barmanki, na oko dziewczyny dwudziestoletniej z uśmiechem podającej każdemu z naszej wycieczki chłodne drinki. Musiałem źle zrozumieć słowa przewodnika. To nie mogła być jego bliźniacza siostra. On na pewno był już po czterdziestce, a ona dopiero wkraczała w życie.

Część załogi, zwłaszcza męskiej, zaległa w olbrzymiej zawieszonej na grubych linach bujance niedaleko baru, chyba z powodu uroku dziewczyny za bambusowym barem i bliskości trunków, inni zaczęli rozchodzić się po otaczającym nas tropikalnym, gęstym lesie.

Podszedłem do malowanego, drewnianego stołu za którym z rumem w ręku zasiadł przewodnik. Kiedy tylko spojrzałem w jego kierunku popłynęła opowieść.

— Dawniej, młodzi chłopcy wkraczający w świat dorosłych, musieli sami zbudować swoją pierwszą prawdziwą łódź, popłynąć nią w górę właśnie tej rzeki i złowić, nie zabijając, cień ptaka.

Od razu domyśliłem się, że chodzi mu o kolibry poruszające się tak szybko i zwinnie, nieuchwytne jak cień.

— Musieli się jeszcze nauczyć wyplatać klatki dla nich o oczkach tak małych jak źrenica w pełnym słońcu.

— Tu trochę przesadził — pomyślałem ale w miarę upływu czasu, kiedy jego palce zamieniały źdźbła i długie pasemka palmy na misterne figurki, doszedłem do wniosku, że chyba faktycznie tak było, a na dodatek jest pewnie potomkiem tamtych Indian.

— Dopiero wtedy mogli spłynąć rzeką do swoich i wybrać sobie żonę, ale … nie wszyscy wracali. Tutaj czas spowalnia im jest się bliżej serca góry. Niejeden się zatracił i nigdy nie wrócił.

— Albo nie mógł złapać kolibra — dodałem spoglądając uważnie w jego brązowe oczy.

Na zielonym stole poczęły pojawiać się rybki, kwiatki i motylki. Zielona, giętka trzcina, długie i wąskie liście palmy zmieniały się w okamgnieniu w otaczające nas motyle, ryby, kwiaty. Wszystko robione w trakcie opowieści, mimochodem, przez naszego przewodnika przycupniętego na zydelku przy spróchniałym stole. Za narzędzia służył mu tylko duży, toporny nóż, a zniszczone, spracowane ręce operowały nim z mistrzowską sprawnością.

Zawsze dziwiło mnie, nawet na naszych Tatrzańskich halach jak sterane pracą potrafią być ludzkie ręce i jak zarazem zręczne, delikatnie manewrujące wielkimi nożycami do strzyżenia owiec, lub tutaj – olbrzymim, wielkim jak maczeta nożem. W swoich pasjach ludzie są tak podobni do siebie.

Wszyscy dostaliśmy misterne wyplatanki na pamiątkę. Każdy z nas trzymało na wiotkiej bambusowej nitce jakieś zwierzątko. Mnie obdarowano zielonym ptaszkiem z długim ogonem. Dziewczyny dostały rybki i dodatkowo żółte kwiaty z olbrzymimi kielichami, które zaraz wplotły we włosy. Wyglądaliśmy jak dzieciaki wracające z ZOO, każde trzymało w ręku karaibski odpowiednik naszego odpustowego wiatraczka albo jarmarcznego kogucika. Miło się nam zrobiło, że tak zupełnie bezinteresownie ktoś nas obdarował.

Zbliżaliśmy się do czarodziejskiego mostku. Znowu pochylamy głowy. Dwoje dzieci czekających na nasz powrót pomaga cumować łódź. Każdy pracuje tu na kilka karaibskich dolarów. Dzieciaki oczywiście dostały swoje drobniaki.

Wierzcie to było niepojęte. Tutaj chmury i deszcz, a po drugiej stronie mostu, skąd przed chwilą przypłynęliśmy - słońce, parność i ta ledwie wyczuwalna zielona mgła zmieniająca kształty, kolory i zapachy. Wiatr z mżawką od zatoki rozdmuchał najdrobniejsze złudzenia. Wszystko znikło w tej jednej chwili kiedy przewodnik zapalał motor w łodzi. Z mętnej wody zaczął wydobywać się bulgoczący dym. Lustrzana tafla wody niesionej przez rzekę stała się nagle pełna tęczowych, śmierdzących kręgów kapiącej ze starego silnika benzyny. Biała czapla machnąwszy dwa razy skrzydłami odleciała w górę indiańskiej rzeki i tylko dzieciaki na oddalającym się brzegu były tak samo uśmiechnięte jak przed chwilą.

Ściemniało się.

— Czy wam też tak czas tutaj szybko zleciał? — zapytałem ale nikt nie odpowiedział. Wszyscy byli zatopieni w swoich myślach, a może po prostu w jazgocie silnika nikt nie usłyszał mojego pytania.



***


Zielony ptaszek stoi na cienkiej, bambusowej nóżce tuż przy oknie i zamyślony stale wypatruje czegoś za szybą. A jak go przywiozłem w takim nienaruszonym stanie do Polski? No cóż plastikowe butelki można wykorzystywać na tysiące sposobów. Podobno nawet już ktoś się z tego doktoryzował.

Czasami siadając przy oknie zastanawiam się nad opowieściami przewodnika z Indian River. Myślę o kolibrach – złych godzinach, siostrze - bliźniaczce, która wyglądała na 18 lat, o tym jak nad wyraz szybko w tropikalnym lesie straciliśmy prawie cały dzień. Czy to wszystko stało się naprawdę? Z drugiej strony, z zegarkiem, to zadziwiające - miał rację.

Spoglądam wtedy na trzcinowego ptaszka. Przez zimę pożółkł, wysechł, skurczył się. Wierzę, że czas zabrał jego świeżą zieloność do serca góry. Jutro pierwsza rocznica, odkąd zawitał do mojego domu. Może puszczę mu jakiś "kawałek" Marleja i przy okazji sam posłucham. Myślę, że muzyka, jego muzyka, nie zestarzeje się nigdy.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2011 r.

Zapraszam do miesięcznika JACHTING