Kraby wiecą lepiej.


Duszno. Wilgotne powietrze spływa śliskim potem po plecach, przykleja do ciał cienkie koszule. Nawet na czarnej twarzy John-Johna widzę błyszczące kropelki skapujące z kędzierzawej czupryny. Późnie popołudnie. Po zawietrznej stronie St. Wincent prawie zmrok, wprost czuje się gęstą, parną, zastałą wilgotność, która zsunąwszy się po zboczach gór uwięzła w kotle zatoki. Oddychamy ciężko. Powoli schodzimy z górskich wodospadów, które dały nam odrobinę wytchnienia od żaru tropików. Z powrotem zanurzamy się w wąskie uliczki osady. Znowu mam wrażenie, że czas nieznacznie zwalnia. Gdyby nie leniwie pulsujące morze, niczym klepsydra poruszające drobinami piasku plaży, czas zatrzymał by się tutaj już na zawsze. Spostrzegam jak zwykle ruchliwy niecierpliwiec, popędzający nas z miejsca na miejsce, ugrzązł w nieruchomych spojrzeniach tubylców okadzonych tak skutecznie marihuanowym dymem. Ich oczy z kompletnie czarnymi tęczówkami osadzonymi w zażółconych białkach dodatkowo tworzą senną i nierealną atmosferę. Trwamy w stanie zawieszenia pomiędzy zawsze śpieszącym się światem, który zostawiliśmy daleko za sobą, a tym tutaj, który zaczął nas pochłaniać, spowalniać nasze ruchy, myśli, słowa, odczucia, spojrzenia. Przestał szturchać nas ponagleniem, zaczął mieszać nasze losy, stapiać z życiem otaczających nas tubylców.

Słońce właśnie zatrzymało się na wysokość ściśniętej pięści nad widnokręgiem i od dobrych kilkudziesięciu minut nie poruszyło się w swojej zwykłej drodze ku morzu. To dobry sposób liczenia w tych szerokościach ilości dnia, który pozostał jeszcze do zachodu słońca. Wystarczy spojrzeć w stronę słońca, wyciągnąć wyprostowaną rękę w jego stronę i zmierzyć szerokością dłoni jak wysoko jest nad widnokręgiem do którego nieustannie dąży. Cztery palce albo zaciśnięta pięść to godzina, szerokość jednego palca to ok. piętnastu minut. Sprawdzam jeszcze raz, stale cztery palce do zachodu, do tego magicznego momentu kiedy dolny rąbek słońca spotyka się wreszcie z krawędzią morza.

Znowu stajemy przed domem Jon-Johna. Zaproszeni przez mamę naszego przewodnik wchodzimy do środka. Miło zaskakuje nas chłodna lemoniada, którą jesteśmy częstowani. Do dzisiaj pamiętam jej mocny aromat zmiażdżonych, wyciśniętych, zielonych po kres soczystości zieleni limonek i kilku lisków mięty.

Siadamy przed domkiem na rozchwianych, drewnianych krzesełkach. Spoglądam w stronę Morza. Złocisto-czerwony, rozpalony krąg drwi sobie z praw fizyki. Wisi wciąż bez ruchu tuż nad linią horyzontu jak nierealnie maźnięta plama jaskrawego światła na jakimś lichym landszafcie, w dodatku owinięta purpurowymi obłokami, których nie powstydziłby się najgorszy pacykarz. Wyciągam w jego stronę dłoń. Tkwi w tym samym miejscu bez zmian, jakby wypaliło dziurę na niebie i ugrzęzło na zawsze w wyżarzonej pieczarze.

W czasie rozmowy dowiedzieliśmy się, że mama Jon-Johna jutro wybiera się do lekarza. Pokazała nam swoje dłonie, zniekształcone reumatyzmem palce i nadgarstki. Prawie wszyscy starsi ludzie na to tu chorują. Zapytałem gdzie jest ośrodek zdrowia, bo nigdzie w okolicy nie spotkałem ani szpitala ani przychodni. John-John wskazał ręka przed siebie na rozwalające się zabudowania dosłownie tuż obok, po drugiej stronie uliczki. Ze zdziwieniem spojrzeliśmy z Maćkiem jeszcze raz we wskazanym kierunku. Dopiero teraz dostrzegliśmy kilka osób, które stały, ale chyba lepszym określeniem będzie – czekały w mikro kolejce przed wejściem zasłoniętym ciężka kotarą.

Mama John-Jona wyjaśniła nam, że w czasie wizyty można zapytać o przyszłość. Od lat czeka, kiedy odwiedzi ją córka, która wyjechała na Jamajkę, bo jeśli miała by ja właśnie odwiedzić w najbliższych dniach to trzeba by kupić i kurę i trochę więcej lepszego jedzenia, przecież trzeba przygotować się na taką wielką okazję.

Nie czułem żadnej dolegliwości ale pomyślałem, że podglądanie, choć na chwilę przyszłości może być intrygującym zajęciem. Mieliśmy nieodparte wrażenie, że wizyty u tutejszego lekarza nie zostaną pokryte z naszego ubezpieczenia z NFZ-u mimo tego, że posiadaliśmy w kieszeniach szare karty ubezpieczenia EKUZ. John-John wyjaśnił nam, że wystarczą dwa tutejsze butelkowane piwa i jakiś nieistotny datek żeby jeszcze dzisiaj dostać się do „gabinetu”. On sam też tam chodzi kiedy ma problemy z zębami ale nie za często, bo nie zawsze może zapłacić za wizytę.

John-John machnął ręką w stronę kolejki i już mieliśmy zaklepane w niej miejsce. Na naszych krzesełkach wygodniej czekało się na przyjęcie u lekarza. Po trzeciej szklance lemoniady przyszła nasza kolej. Teraz nie mogę fotografować. Taka jest niepisana umowa. Chowam aparat do plecaka. Wchodzimy do jak się okazało rozległego parterowego domku. Rozchylamy ciężkie, zawieszone w miejscach drzwi zasłony. Dziwne, słodkie, mdlące zapachy stają coraz intensywniejsze. Niewidoczny z początku dym, chyba kadzideł, zagęszcza się coraz bardziej. W pomieszczeniu jest tak ciemno, że trzeba zapalić świeczkę. Oprócz świecy po chwili rozpalona zostaje lampa zasilana jakimś łojem, a może olejem palmowym. Duszący kopciuch unosi się ku osmolonemu sufitowi. Po środku obskurnego pokoju, na nierówno uklepanej ziemi stoi duży, gliniany garnek nakryty okrągłą przykrywką do barbeque. W tym momencie John-John daje nam znak, że musimy zapłacić. Wyciągamy piwa, kilka dolarów karaibskich i podajemy szamanowi, który kucnął naprzeciw garnka. Cicho pytam John-Johna jak długo będzie trwała wizyta. Po dłuższym zastanowieniu otrzymuję jeszcze cichszą odpowiedź - że aż się nie skończy. To niezwykle trafne spostrzeżenie jakoś dziwnie uspakaja moje emocje.

Skupiamy się na poczynaniach gospodarza. Do pustego garnka z odrobiną czarnego błota czarownik ostrożnie wkłada palmowego kraba wielkości dłoni. Równiutko układa łupiny orzecha kokosowego, które tworzą zamknięty wokół stworzenia krąg. Przykrywa to wszystko pokrywką od grila. Wyjmuje skręta z wiadomą zawartością, zapala go i zaczyna mamrotać jakieś niezrozumiałe dla nas mantry. Po kilku chwilach ze środka tej nietypowej budowli zaczyna dochodzić ciche skrobanie.

Biała magia w wykonaniu czarnego szamana w dodatku prawie po ciemku. Zacząłem mieć poważne obawy. Krab żwawo buszował pod pokrywką. Co chwila szaman nabierał haust niebieskiego dymu i wdmuchiwał przez niewielki otwór w pokrywce wprost na miotającego się pomiędzy łupinami orzecha zaczadzonego kraba. Sytuacja w której się nagle znaleźliśmy stawała się coraz mniej przewidywalna. Spostrzegam jak nerwowo drga lewa stopa John-Johna gdy szaman unosi metalową pokrywkę, a w środku aż roi się od krabów. Maciek Chowa się za mnie, a ja zdumiony wpatruję się w kłębowisko stawonogów, których, daje głowę, wcześniej w garnku nie było. Szaman pochyla się i uważnie wpatruje w porozrzucane przez kraby skorupy orzecha. Pokrywka znowu ląduje na garnku, szaman buczy swoje, dym drapie w gardle, kraby szaleją. Nagle czarownik wali jakąś dużą łychą w pokrywkę i wszystko cichnie oprócz dźwięczącego, pulsującego odgłosu uderzenia w uszach. Po dłuższej chwili kompletnej ciszy czarownik podnosi pokrywkę, wyjmuje samotnego kraba, a ja widzę równiutko poukładane skorupki, tak jak by nic się wydarzyło.

Weź to – jutro, w czasie wędrówki musicie uważać na słońce, zwłaszcza ruda kobieta. Szaman wciska mi do dłoni słoiczek z jasną mazią, jak się okazuje maścią przeciw oparzeniom słonecznym.

To już koniec wizyty. Kompletnie nie potrafię określić jak długo byliśmy w środku. Prowadzeni przez John-Johna wychodzimy krętymi korytarzykami. Cały czas rozmyślam o tym co przed chwilą się stało. Skąd szaman wiedział, że w załodze mamy rudą dziewczynę, w dodatku o bardzo jasnej skórze? Skąd mógł wiedzieć, że na jutro planujemy długą wycieczkę w głąb wyspy? Gdzie się podziały kraby? Kto poukładał skorupki?

Jesteśmy na zewnątrz. W porównaniu z zaduchem wnętrza, parna atmosfera zatoki wydaje się rześkim powiewem świeżej bryzy. Jesteśmy tuż nad wodą. Zniknęli gdzieś hałaśliwi sprzedawcy ryb i owoców. Siadamy na wilgotnym, wulkanicznym piachu. Maciek, oparty o pień powalonej huraganem palmy nie odzywa się choć zwykle sam nawiązuje rozmowę. A ja? Spoglądam w to miejsce na widnokręgu gdzie powinno schować się słońce, jeśli tak jak zwykle podążyło w stronę wschodu. Zadarłszy głowę spostrzegam gdzieś wysoko nad nami plejadami migocące gwiazdy.

Dopiero teraz orientuję się, że ogarnia nas lepka czerń. Czy od tej chwil już zawsze będzie trwałą noc, skoro czas płynie tutaj tak nierówno? Gdzieś na dnie duszy drzemie nadzieja, że za kilka godzin słońce wychyli się po nawietrznej stronie wyspy. Bezwiednie ściskam w dłoni maść na oparzenia i pocieszam się tym, że przecież krab wie to lepiej, choć, chyba, jednak tak do końca, nie mogę być przecież tego całkiem pewien.

Właśnie zaczyna padać ciepły, tropikalny deszcz.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2014