Ten Eden.
Żeby tam się dostać jak zwykle najpierw trzeba przejść przez czyściec.



Stoimy na kotwicy w niewielkiej zatoczce przy St. Vincent. Czarne plaże szumią falami przyboju. Słońce właśnie zaczęło swoją drogę na zachodnią stronę morza i cień przykrywający tylko stopy zaczął się nieznacznie wydłużać. Jesteśmy umówieni z przewodnikiem na wyprawę w górę wyspy. Choć byłem tu już kilka razy nigdy nie udało mi się dotrzeć do zielonych ogrodów rozłożonych u stóp wodospadów. Tym razem wyprawiamy się właśnie tam. Kiedy ostatnia grupa wysiada na plaży z dinkhy wynajmujemy tubylca do jej przypilnowania. Bardzo sumienie rozpoczyna wykonywanie swojej pracy bo wyciąg ciężką, gumową łódkę dość daleko w głąb najczarniejszej plaży jaką kiedykolwiek widziałem, siada koło niej, w jednej ręce trzyma cały czas cumę i choć nikogo nie widać czujnie rozgląda się wkoło. Mówię mu, że wrócimy dopiero za piec do sześciu godzin, może nawet po zachodzie słońca ale on macha tylko ręką jakby mówił - i tak nie mam nic lepszego do roboty.

Zaopatrzywszy się w zimne napoje, prowadzeni przez naszego przewodnika idziemy wolno poprzez niewielką, rozłożoną tuż nad zatoką osadę. Droga wzdłuż lichych, w naszym pojęciu właściwie baraków, dodaje jeszcze jeden wymiar do obrazu wyspy. Spoglądając z morza, posadowione na zboczu góry domki tworzą rajski widok kolorowych plam chatynek z nad których ku wodzie unosi się swojski, romantyczny, siwy dym. Z bliska wszystko zaczyna inaczej wyglądać. Szarości nabierają kolorów. Zieleń zyskuje wiele odcieni, aż wreszcie zamienia się w pojedyncze drzewa, a kiedy już jest się całkiem blisko brzegu zaczyna dostrzegać się sylwetki ludzi. Kiedy schodzi się na ląd zaczyna się dostrzegać ich problemy, kiedy jest się już całkiem blisko czasem można dostrzec ich radości.

John-John, - nasz przewodnik, którego znam od wielu lat prowadzi nas do zielonych ogrodów St. Vincent. Powoli mijamy obserwujących nas tubylców. Wychylają się z otwartych okien, spoglądają na naszą grupę siedząc na ratanowych fotelikach przed swoimi obskurnymi domkami. Malowane żywymi, jaskrawymi kolorami, rozpadające się budowle rozsiane wzdłuż krętych uliczek sadowią się coraz wyżej na stokach kotliny. Idąc w górę mijamy porzucone, korodujące samochody, plastikowe butelki, tekturowe pudła, szmaty, jakieś rupiecie leżące na wąskiej uliczce. Im wyżej się posuwamy tym mniej cywilizacyjnych odchodów napotykamy na swojej drodze. Na niewielkiej altance, z dachem pokrytym długimi palmowymi liśćmi, w cieniu siedzi grupka młodych mężczyzn. Przewodnik zamienia z nimi kilka słów. Znają się. U ich stóp spostrzegam butelkę z siedemdziesięcioprocentowym rumem. Jest tuż po południu ale nadal zbyt gorąco by pić tak energetyczne napoje. Z krótkiej, zdawkowej rozmowy dowiadujemy się, że dzisiaj nie ma dla nich pracy, dlatego popijają sobie już od rana. Pytam, czy mogę zrobić im zdjęcie. Z uśmiechem zgadzają się i na dodatek częstują mnie tym wybuchowym rumem. Odmawiać nie wypada więc piję i dzielnie, po polsku, dumnie nie okazuję jak pali moje wnętrzności.

W tym momencie słyszymy głośny warkot dobiegający nas ze szczytu asfaltowej drogi. Po chwili olbrzymia ciężarówka z odkrytą skrzynią ładunkową wypełnioną robotnikami mija naszą grupkę. Każdy z robotników trzyma maczetę, a w szoferce dostrzegam w rękach dwóch olbrzymich tubylców dobrze znane na całym świecie kształty najpopularniejszej ręcznej broni maszynowej. Kałaszniki – to spostrzeżenie jest całkiem nierealne w tej sielankowej, karaibskiej atmosferze. Właśnie wtedy John-John zasłania mnie i mój dyndający na piersiach aparat fotograficzny swoim potężnym brzuchem. Dopiero po chwili orientuje się, że nie był to jego przypadkowe działanie. Za ciężarówką sunie olbrzymi Jeep z czarnymi szybami, zwalnia przy nas, zatrzymuje się. Jedna z błyszczących niczym lustro szyb wolno odsuwa się ukazując czarną nicość. Po bardzo długiej chwili, w której nie pada ani jedno słowo, szyba rozpoczyna spokojną drogę w górę zamykając czarne okno. Kierowca zwalnia ręczny hamulec i samochód bezgłośnie oddala się od nas znikając gdzieś w dole za zakrętem. Odruchowo zasłaniam aparat i spoglądam na John-Johna. Mruga do mnie okiem i już wie, że zrozumiałem o jakiej pracy, na jakich plantacjach rozmawialiśmy przed chwilą.

Marihuanę uprawia się na niedostępnych polach rozsianych wzdłuż urwistych zboczy. Do tych niewielkich plantacji można tylko dojść. Przejezdne szlaki urywają się wpół drogi. Nie wszystkim udaje się je odnaleźć. Nie wszystkim udaję się znaleźć na nich pracę. Ne wszystkim, którzy odnaleźli marihuanowe pola udaje się wrócić do domu.

Ruszamy dalej. Chyba nie wszyscy z naszej grupy zorientowali się w sytuacji. Nie chcę im teraz psuć radosnego nastroju towarzyszącego niecierpliwości odkrywców. Wesoło rozmawiając wspinamy się wytrwale wyżej i wyżej. Coraz gęstsze zarośla i wilgotny, tropikalny las porastający zbocza niezauważalnie przybliżają się nas. Droga staje się węższa, wreszcie zamienia się w kamienistą ścieżkę. Zapachy spływające ze zboczy przytłaczają swoją intensywnością. Przechodzimy koło drzew muszkatołowych. Rozgniatamy w palcach jeszcze zielone kulki, upajamy się ich intensywnym do maksimum aromatem. Jeszcze tylko jeden zakręt i stajemy przed linowo-bambusowym mostem rozwieszonym nad porywistą rzeką spływającą z gór. Tu jest znacznie przyjemniej niż na dole, w zatoce, na plaży. Jest chłodniej, a orzeźwiający wodny pył skutecznie schładza nasze ciała. Jest za to parno. Szkła aparatu fotograficznego pokrywa niewidoczna mgiełka, którą dostrzegam dopiero wieczorem przy przeglądaniu zdjęć z wyprawy. Wszystkie, wykonane przeze mnie od tej pory zdjęcia mają niepowtarzalną atmosferę rozmytych, nierealnych kształtów i kolorów.

By zagłębić się w nierealny świat zielonych ogrodów pozostaje nam tylko przejść przez chybotliwy, bambusowy most. Po jego drugiej stronie, kiedy mijamy niewielkie wzniesienie, jak w nierealnym śnie otwierają się przed nami rajskie tereny dużej polany u zbocza wodospadu. Wszystkie, zielone do kresu zieloności liście pokryte są większymi i mniejszymi kropelkami wody rozpylanej przez wodospad. Niespodziewanie, do wilgotnej wodnej orgii miliardów błyszczących drobinek dołącza się ze swoimi monstrualnymi kroplami tropikalny, ulewny deszcz. Jesteśmy przemoczeni do suchej nitki ale tak bardzo w tej chwili szczęśliwi. John-John jakąś długą, bambusową tyką strąca dla nas dojrzałe, niesamowicie słodkie pomarańcze. Wygląda to jakby z drzewa wiadomości dobrego i złego kradł zakazane owoce. Może właśnie w tym momencie zdolność rozróżnienia złego od dobrego pozwala zrozumieć porządek życia panujący na St. Vincent. Buszujemy w ogrodach Edenu jak dzieci. Tyle dobrodziejstw otacza nas tutaj. Zapominamy o innym świecie z którego tu dotarliśmy. Wilgotne, zamglone powietrze odcina nas od dalekiego widoku na zatokę. Jesteśmy zauroczeni, oczarowani, zaczarowani. Tubylcy też tu przychodzą odpocząć od ciężkiego upału na dole. Wracamy. Na wąskiej ścieżce prowadzącej w dół mijamy piękną czarnoskórą piękność. Wyraz jej głębokiego, długiego, badającego prawie dno mojej duszy spojrzenia pozostał w mojej pamięci do dzisiaj. Podnoszę aparat i robię zdjęcie. Uśmiechamy się do siebie, mijamy i wiem, już nigdy w życiu więcej się nie spotkamy, choć może… za rok wrócę w to miejsce by zaznać tego spojrzenia raz jeszcze.

Wiemy, że musimy już wracać by nie iść stromymi, śliskimi ścieżkami po zachodzie słońca. Mijamy znowu olbrzymie parasole liści, miliardy kwiatów. Cichy śpiew niewidzialnych ptaków oprowadza nas do wiszącego mostku.

Kiedy razem z naszym przewodnikiem wkraczamy w pierwsze zabudowania osady niespodziewanie John-John zmienia powrotną trasę i prowadzi nas do swojego domku z betonowych pustaków. Na progu wita nas jego mama i zaprasza do malutkiego wnętrza. John-John z dumą pokazuje swój pokój z nieotynkowanymi ścianami. Pokój z widokiem na morze ma drewniane drzwi bez klamki z olbrzymia kłódką i żelaznym łańcuchem, którym skutecznie można zamknąć karaibskie skarby. Pod stalowym, zardzewiałym łóżkiem, stare lampowe radio, w kącie tekturowe pudło z owocami, na chybotliwym, drewnianym stole lampa naftowa, pod ścianą rower z jednym kołem i pogryziona przez rekina deska surfingowa na której kila lat temu po raz pierwszy John-John podpłynął do mojego jachtu.

Ten obraz towarzyszy mi jeszcze długo, jeszcze wtedy gdy jemy kolację w nadbrzeżnej knajpce. Zamawiamy spore danie także dla John-Johna, które znika w jego olbrzymim brzuchu w jednej chwili. Gdy kończymy i na talerzach dziewczyn zostaje sporo jedzenia John-John pyta czy może za nie dokończyć. Trudno jest nam wymówić w tym momencie choć jedno słowo. Nasze milczenie widocznie oznacza zgodę bo po chwili całe pozostawione jedzenie znika.

Właśnie w tym momencie słyszymy odgłos ciągnięcia czegoś dużego po grubym piasku czarnej plaży. Po chwili spostrzegamy dumna twarz i uśmiechnięte w tryumfie oczy strażnika naszej dinghy.

- No tu jesteście. Tak sobie pomyślałem że będzie wam wygodniej stad odpłynąć. Wszystko jest w takim porządku jak zostawiliście. Nazrywałem wam jeszcze coco-nuts. Są w dinghy. - Jego oczy pytały – chyba zasłużyłem na sowita zapłatę, no zobaczcie jak się starałem.

Nikt nie żałował tego wieczoru wydanych pieniędzy. Z naszymi czarnymi opiekunami długo żegnaliśmy się już na plaży.

Siedzieliśmy zmęczeni wydarzeniami całego dnia na jachcie. Przeglądaliśmy zdjęcia z dzisiaj. Wspominaliśmy wyprawę do zielonych ogrodów. Uzmysłowiłem sobie wtedy, że ten nasz eden jest tylko trzysta metrów nad czyśćcem. W jedną, i w druga stronę blisko, i w jedną, i w drugą stronę jednakowo daleko.



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2014