Diabeł tkwi w szczegółach.

Właśnie schodziliśmy z tarasu widokowego, z którego podziwialiśmy wciąż dymiące parą i trującymi wyziewami gardziele śpiących wulkanów. Kolejnym etapem poznawanie natury wulkanów okazała się kąpiel w podgrzanym ciepłem ziemi ukropie. To była naprawdę ostatnia z możliwych do wytrzymania temperatur wody i to tylko przez kilkanaście sekund zanurzenia. Pośród uroków Santa Luci wyziewy wulkanicznych rozpadlin stanowią obowiązkowy punkt programu. Śmierdząca najprawdziwszą siarką, podobno ze zbawiennym wpływem na aksamitność naskórka, bulgocząca smrodliwość wypełniała niewielkie spiętrzenie tuż przed głównym błotnym piekiełkiem tuż poniżej. Zanurzaliśmy się w tym wstępnym przedpieklu po trochu aż dotarliśmy do stanu całkowitego zanurzenia z udawanym wyrazem zadowolenia na twarzy, szczególnie w towarzystwie bardziej odpornych na te ukropy żeglarek. Myślę że ta ich wytrzymałość pochodziła głównie z pożądliwości owej niebiańskiej w dotyku skóry na co my gruboskórni faceci nie mieliśmy co liczyć. Po tej wstępnej inicjacji bardzo ostrożnie przeszliśmy do niższego bajora w którym zanurzenie z powodu wysokiej temperatury nie wchodziło w grę. Szybko przestępowaliśmy z nogi na nogę, z kamienia na kamień. Zbyt długie stąpanie w miejscu groziło rozgotowaniem stopy oaz do kości, no może troszkę przesadzam ale to naprawdę prawie parzyło!

Po chwili otrzymaliśmy od naszej przewodniczki plastykowe czarne wiaderka i zaczęła się zabawa z polewaniem. Woda z błotem zmieszana pół na pół i wstrząśnięta – odwrotnie niż przez niejakiego Bonda tworzyła śmierdzącą czarna papkę, która należało wylewać na swoją skórę wolnym strumieniem. Parzyło ale czegóż nie robi się dla bycia pięknym i powabnym. W pewnym momencie stan polewania naszych ciał był już dość zawansowany. Spoglądaliśmy na siebie co chwila i z nieoczekiwana konstatacja stwierdziliśmy, że te białasy, które przed chwilą tu rechotały zniknęły, a zamiast nich w sadzawce jest pełno prawie nagich czarnoskórych. Jeden z nich co chwila polewał się gorącym błotem z kubełka prawdopodobnie z chęcią obmycia skóry ale za każdym razem stawał się coraz bardziej czarny i błyszczący. Wreszcie założył sobie puste wiaderko na głowę i zrezygnowany przypatrywał się harcom pozostałych. Taki diabeł morski – ohydnie śmierdzący, obrzydliwie oślizgły, straszny od pierwszego spojrzenia. Po prostu taki Devil Sea Vulgaris.

Próbowaliśmy potem zmywać z naszych ciał lepkie błoto ale okazało się, że czarne drobinki smolistej zawiesiny są tak małe, że dopiero po paru dniach codziennych kąpieli w morzu, myciu, szorowaniu szczotka rąk i włosów jesteśmy w stanie pozbyć się ciemnego przebarwienia. Co do podniesienia walorów estetycznych skóry to zdania pozostały do końca rejsu podzielone. Dziewczyny nic nie zauważyły, a ja i pozostali przedstawiciele płci odmienne wprost przeciwnie. Zachwalaliśmy jakże urokliwy aromat siarki, który roztaczaliśmy niczym stado rasowych diabłów, po prostu insekty nie imały się naszej skóry jeszcze przez kilka dni.

Do końca naszego rejsu przypatrując się czarnym drobinkom, które wżarły się w zgrubienia skóry moich dłoni oprócz zabawnego wspomnienia kąpieli w czarnym błotku przed oczami widziałem inne mniej radosne obrazy.

Zamykam oczy i spostrzegam, nagie dzieci nurkujące po drobniaki u zboczy strzelistych Pitonów. Widzę grupki turystów, którzy z radosnym uśmiechem na twarzy rzucali jednodolarowe monety jak najdalej i małych nurków co chwila wynurzających się z tryumfalnie wzniesioną ponad głowę ręką z błyszczącym krążkiem. W tym miejscu dno morza opuszcza się stromym zboczem dość szybko, a monety rzucane hojną, białą ręką tonęły nawet poniżej dziesięciu metrów. Widzę dzieci, których oczy pełne były potem słonych kropel, choć w małych dłoniach zaciskały wynurkowane skarby, które z tryumfem zanosiły do swoich chatynek. Nie wiem czy z oczu płynęła słona morska woda, przecież nurkowały bez żadnych masek i okularów. Wierzcie mi, oceaniczna gęsta jak zupa woda jest dużo bardziej słona od naszej, bałtyckiej i jeszcze długo po kąpieli słonością wypala spod powiek radość widzenia.

Jeszcze jedno wspomnienie dość natarczywie wciska się pod powieki. Smutne pojrzenie czarnych, przekrwionych oczu tubylca, który próbował sprzedawać wyroby swoich rąk wśród tłumu turystów. Odpoczywaliśmy wtedy po meczącej wyprawie do wulkanów. Wolno jedliśmy spóźniony obiad w restauracyjce położonej tuż nad czarną plażą na południowym krańcu Santa Luci właśnie tam gdzie Gros Piton i Petit Piton od lat strzegą jej brzegów. Trwało to chyb dwie, a może trzy godziny. Obserwowałem jego bezowocne starania. Udało mi się nawet sfotografować zręczne, spracowane dłonie wycinające główki, postacie ludzi, ptaszki z łupin orzechów kokosowych. Jeszcze raz skierowałem aparat w jego kierunku, kiedy bez żadnego zarobku, zrezygnowany wsiadał do swojej zdezelowanej, wielce wysłużonej ciężarówki.

Otwieram oczy i znowu jaskrawe, tropikalne słońce rozprasza wspomnienia z Santa Luci. Skojarzenia z diabłem morskim nie dawały mi jeszcze długo spokoju i już w domu w zaciszu internetowych zakamarków wyszperałem informacje o prawdziwym diable morski. Najbardziej zaskakująca okazała się informacja związana z jego rozmnażaniem i zatrważająco tragiczne, nieporównywalne z losem samców modliszek fakty z życia diabelskich zalotników.

Egzystują na głębokości trzech, czterech kilometrów pod powierzchnią morza. Tam nie dociera już żadne światło. Nie ma, żadnych roślinożerców, zatem to co żyje tak głęboko pożera inne drapieżniki. Diabeł morski wabi mniejsze od siebie stworzenia rodzajem świetlnej kulki z fluorescencyjnymi bakteriami zawieszonej na niby wędce tuż przed swoim pyskiem. Zaciekawiona ofiara, podpływa zauroczona poświata i po chwili olbrzymia najeżona zębami paszcza staję się jej ostatnim wspomnieniem. Co do rozmnażania, to przez długi czas naukowcy nie potrafili odnaleźć samców tego gatunku. Okazało się że różnią się budową ciała i wielkością tak znacznie od samic że nie uwzględniano ich w poszukiwaniach i badaniach morfologicznych. Są dwudziestokrotnie mniejsi od partnerek i nie potrafią odżywiać się samodzielnie. Jeśli napotkają samiczkę na swojej drodze wgryzają się w jej ciało i zrastają będąc ożywiani tym co ona upoluje. Powoli zostają wchłaniani przez jej ciało, a ich rola zostaje ograniczona do zasobnika z którego samica pobiera mleczko do zapłodnienia ikry. Latami, z ciała Diabliczek Morskich zwisają smętnie pozostałości męskich brutali w kształcie niewielkich flaczków i kłaczków. To dopiero nazywa się brak równouprawnienia. W takiej optyce pojęcie - diabeł morski nabiera naprawdę innego znaczenia ?. A… poza tym wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.

... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2014