"Czarne i czerwone"


Są dni, kiedy czas dłuży się nie z powodu braku zdarzeń czy ich błahości, ale dlatego, że jest zbyt opuchły z gorąca i duchoty, że aż z trudem musi przeciskać się przez wąskie gardło klepsydry. W takich momentach niekiedy wydaje mi się, że nawet uwiązł i zatrzymał się na chwilę w wąskim przejściu pomiędzy tym co było, a tym co za chwilę dopiero się stanie. Dzisiaj na przykład, mam wrażenie, już kolejny raz, że fale rozbijające się o dziób przed chwilą wyglądały tak samo i ta właśnie nadbiegająca już kiedyś spotkała się z naszym kadłubem. Déja vu?

Podnoszę głowę ku słońcu, ku niebu i widzę te same kształty chmur gnanych pasatem. Spoglądam na załogę. Wszyscy w tych samych miejscach co kilkanaście minut temu. Jadzia czyta książkę, muszę sprawdzić, czy przerzuca kartki, może śpi? Zbyszek siedzi zamyślony nieruchomo za sterem, autopilot jak zwykle beznamiętnie odwala brudną robotę, Kasia i Marek przytuleni wpatrują się gdzieś ponad horyzont.

Tylko wystawione z rufy wędki drgają nerwowo. Równo tną mocnymi żyłkami chlupoczącą w kilwaterze wodę. Przypominają biegnące bez wytchnienia charty z nosami tuż przy ziemi, tropiące niewidoczną zdobycz, z nadzieją na łup przylepioną do końca wilgotnego nosa.

Czas jednak ruszył. Wskazania sondy pokazują zmniejszającą się głębokość. Z szarej mgiełki horyzontu wyłania się kolejna wyspa. Dzisiaj jest wyjątkowo wilgotno i mniejsza widzialność opóźnia zaoczenie lądu. Mkniemy ku spokojnej zatoce, w której postanowiliśmy zostać na noc.

Dno podnosi się miarowo, przypominając swoim nachyleniem stok niewielkiej góry wznoszącej się na wyspie. Kiedy na szesnastu metrach postanawiam skorygować kurs na bardziej równoległy do brzegu, odgłos gwałtownie rozwijającej się z kołowrotków linki wyrywa wszystkich z leniwego zamyślenia. To nie może być zaczep. Przynęta przy naszej prędkości nie schodzi niżej niż na pięć metrów. Luzujemy żagle, zwalniamy, wreszcie stajemy w dryf. Wędki już dawno wyjęte z uchwytów, pewnie trzymane przez Marka i Zbyszka. Na obu, gdzieś daleko za rufą, walczą całkiem spore ryby. Mija kilka, może kilkanaście minut zwijania plecionki. W duchu, cicho niepokoję się, by linki nie splątały się, uniemożliwiając wyciągnięcie ryb. Na razie wszystko układa się dobrze. Ryba holowana przez Marka odchodzi w stronę brzegu, ku płyciznom, ta druga przymurowała na dnie i mocna plecionka aż gwiżdże na wietrze, napięta niczym fortepianowa struna. Wydaję się, że za chwilę pęknie, wskazując swoim śladem mojej wyobraźni, że gdzieś na jej przedłużeniu walczy potężna ryba. Nagle, i widzę to pierwszy raz w życiu, linka, cały czas naprężona gwałtownie zmniejsza kąt wejścia w wodę, wskazując, że ryba raptownie ruszyła ku powierzchni. Spoglądam w to miejsce gdzieś za rufą, gdzie powinna ukazać się ryba i jakieś trzydzieści metrów od jachtu po chwili widzę, jak wyskakuje ponad falę. Jej widok sprawia niesamowite wrażenie. Jest długa, błyszcząca, masywna i czarna połyskliwym hebanem. Widzimy, jak w powietrzu wykonuje gwałtowny rzut do tyłu i w tym momencie plecionka pęka z głośnym trzaskiem, pozostawiając w miejscu zerwania tysiące iskrzących w słońcu maleńkich kropelek. Na chwilę, tuż nad wierzchołkiem fali zawisa niewielka triumfalna tęcza jakby na pożegnanie walecznego olbrzyma i wszystko się uspokaja. Morze zamyka się znowu, tylko latające ryby wyplute słoną falą, od czasu do czasu śmigają tuż nad wodą, jakby chciały przyjrzeć się tym, którzy właśnie przegrali z waleczną rybą.

Na drugiej wędce, wciąż pod wodą, trwa przyczajona kolejna potencjalna zdobycz. Zmęczony walką z rybą Marek oddaje mi wędkę, a ja zabieram się z nadzieją na duży połów do roboty. Ryba co chwila wysnuwa linkę z kołowrotka, ja, z premedytacją, w momentach osłabienia jej oporu, nawijam łączącą nas drżącą linkę z powrotem. Czekam na ten przełomowy moment walki z rybą, w którym można wreszcie oderwać ją od dna. Kiedy to następuje, czuję, jak z każdym metrem podciągania zdobyczy ku powierzchni wody słabnie jej opór. Zwykłe prawa fizyki w takiej sytuacji stają po mojej stronie. Ryba wyciągana dość szybko z dużej głębokości szybko poddaje się różnicy ciśnień na zewnątrz i wewnątrz swojego ciała, co pomaga w jej wyłowieniu. Najważniejsze jest to, by mieć dość siły i mocny sprzęt do pokonania jej tuż przy dnie, no i odrobinę szczęścia by nie zaplątała się w zakamarkach rafy koralowej. Cała załoga wpatruje się w to miejsce, w którym plecionka styka się z zafalowanym morzem. Pod wodą widać już niewyraźne kształty ryby. Wreszcie wyciągam ją, jest tuż-tuż.

Jest duża. Czerwone łuski, wydatne, mięsiste wargi i błyszczący karminowy ogon są już widoczne tuż pod powierzchnią spienionej walką wody. Żeby tylko nie ciągnąć za mocno. Powtarzam sobie bezgłośnie w duchu tych kilka słów jak mantrę i spokojnie trwam zaparty o burtę. Jacht stoi w dryfie. Kadłub łagodnie się unosi się w górę, by po chwili delikatnie ześlizgnąć się fali i spokojnie odpocząć na dnie wodnej doliny. Kiedy ryba przekręca się na bok, szybkim, zdecydowanym ruchem wyciągamy ją na pokład sporym hakiem przygotowanym na takie okazje. Jest nasza.

Dumni ze zwycięskiej walki płyniemy do niedalekiej zatoki, w której, dobrze to wiem, w maleńkiej chatce, stale gotowy do pracy przy barbecue, choć niezmiennie delikatnie znieczulony niebieskim dymem, mieszka stary przyjaciel z Union Island – Mario.

Stajemy na kotwicy w błękitnej lagunie. Spoglądam przez lornetkę w stronę jego bambusowej chatki. Widzę go leżącego w hamaku i chyba nawet spostrzegam wąską smużkę sinego dymu unoszącą się nad ciemną czupryną. Załoga już wie z moich opowieści, że możemy liczyć na niezłą kolację w jego wydaniu, zwłaszcza że i rybę, którą zamierzamy uczynić głównym daniem, mamy przednią. Olbrzymiego red snappera aż nadto wystarczy dla całej naszej załogi.

Kiedy podpływamy dingi do brzegu, Mario już stoi na plaży i pomaga dziewczynom wysiąść na rozpalony biały piasek. Z uznaniem spogląda na czerwoną rybę, zabiera ją do minikuchni i sprawiając ją, zadaje nam pytanie, które wprawia nas wszystkich w prawdziwe osłupienie.

Czarne ryby wysoko fruwały dzisiaj? To ostatni dzień pełni.

Skąd mógł wiedzieć o nieudanym połowie, tym bardziej że nie wypływał dzisiaj na rafę i w dodatku nie widział naszej wędki z porozrywanym zestawem?

Kiedy słońce zbliżało się do horyzontu, właśnie kończyliśmy najwspanialszą rybną kolację przygotowaną na starej, dwustulitrowej blaszanej beczce przerobionej na grill. Jeszcze raz potwierdziła się prawda, że najważniejsze jest mistrzostwo człowieka, a nie sprzęt, na jakim pracuje. Dobrze wiem, że np. w fotografii dobre zdjęcie można zrobić nawet denkiem od butelki, a świetnie smakującą rybę można preparować długim, ostrym jak miecz samuraja stalowym gwoździem rozklepanym na kształt noża.

Rozparci w bambusowych siedziskach przypominających foteliki, wytworzonych przez naszego gospodarza z tego co wyrzuciło morze, gawędziliśmy przy niewielkim ognisku. Popijaliśmy tutejsze cienkie piwo, a Mario, otoczony jak zwykle chmurą upojnego dymu z „ziół” zebranych w górach, rozpoczął jedną z najdziwniejszych opowieści, które słyszałem w tropikach. Opowieść przekazywaną z pokolenia na pokolenia, nigdy nie spisaną, tajemniczą, rozpoczął popijając z niewielkiej butelki, co chwila, niczym olbrzymi parowóz uwalniając błękitne duchy z kolejnego skręta. Opowiadał o swojej wiosce:

– Z utęsknieniem patrzyli w górę, ku szczytom, tam, gdzie rodził się życiodajny strumień. Dzisiaj żłobiony przez niego latami kamienisty żleb pełen był tylko tumanów kurzu. Zioła, które bujną zielenią porastały jego brzegi, zdążyły już zżółknąć i pochylić się ku jałowiejącej ziemi. Tak działo się od kilku tygodni.

Wodę do wioski nosili z nizin, z mętnej, leniwie płynącej w błotnistej niecce rzeki. Ale woda, targana w skórzanych bukłakach na plecach aż do granic bólu zwapniałych kości, ciężarem przyprawiającym nawet kobiety o przepuklinę, nie była tą samą wodą, kiedyś rześko szemrzącą w potoku – była zawsze cuchnącym, gęstym wywarem błotnistych łąk, na których pasły się dziesiątki stad kóz produkujących bez przerwy zjadliwy nawóz wypłukiwany przez Czarną Rzekę. Coraz częściej zaropiałe oczy, których nikt nie odważył się myć w wodzie z doliny, zwracały się ku chacie czarownika. Coraz częściej na swoim poncho czarownik czuł niecierpliwe szpilki spojrzeń.

I nadszedł wreszcie ten dzień, kiedy pierwsze z natarczywych spojrzeń dosięgło jego źrenic. Tej samej nocy czarownik wyruszył ku szczytom, by poznać tajemnicę Suchego Potoku, jak zaczęto nazywać ich życiodajny strumień.

Nie tak łatwo było dostać się na szczyt, tam, gdzie strumień brał swój początek. Można by było wspiąć się na samą górę nawet najtrudniejszym podejściem, ale nie do przebycia były chaszcze Ptasiego Ziela tarasujące drogę na szczyt. Ostre, twarde szable liści wysokiego na dwa metry ziela uwalniały przy ich lada poruszeniu potworny odór zabijający owady, a nawet mniejsze zwierzątka. Właśnie tam żywił się do woli Wielki Ptak, tam mieszkał, tam znosił w ciernistych gniazdach swoje jaja. Czarownik dobrze o tym wiedział i swoją wędrówkę rozpoczął od polowania na Wielkiego Ptaka, który mógł unieść go ku źródłom. Tylko on wiedział, jak zwabić i okiełznać Ptaka wiedzą przekazywaną z dziada pradziada, odkąd ich ród przewodził wiosce.

Wielki Ptak zwabiony przygotowanym przez czarownika rozkładającym się, niemożliwie śmierdzącym mięsem, okiełznany i zniewolony zaniósł go na sam szczyt. Wtedy czarownik zrozumiał, dlaczego potok wysechł. Głaz, który oderwał się od skał, przegrodził drogę wodzie i kierował ją na drugą stronę gór. Wystarczyło go odsunąć, by szemrząca, zimna źródlana woda popłynęła swoim dawnym korytem.

Kiedy czarownik na Wielkim Ptaku sfrunął z gór w wiosce, czekała na niego rozradowana gromada już umytych, odświeżonych czystą, zimną wodą mieszkańców wioski. Dziękczynna uczta trwała cały tydzień. Czarownik nie wyjaśniał dokładnie, dlaczego woda znowu płynie z gór. Z wyniosłością przyjmował należne mu hołdy. Opowiadał coś o modłach, które składał bogom tam, wysoko, a dla pewności, by nikt nie dowiedział się, jak to wyglądało naprawdę, podciął Wielkiemu Ptakowi skrzydła, by już nikt nie mógł wzbić się na nim w górę i dostąpić prawdy o kamieniu, źródle i potoku.

Mijały dni, życie w wiosce powróciło do zwykłego rytmu poranków i wieczorów. Nikt nie zwracał uwagi albo nie chciał widzieć tego, że podcięte skrzydła ciągnęły się smętnie za Ptakiem po gliniastej ziemi. Błyszczące pióra traciły swój ognisty kolor, niezauważalnie szarzały, blakły i powoli zaczęły jedno po drugim wypadać. Na początku dzieci zbierały ptasie pióra, ale ich fetor skutecznie je do tego zniechęcił. Z czasem Wielki Ptak przytył i nawet już nie próbował podfruwać. Zapomniał, jak wygadają szczyty gór. Kiedy odechciało mu się wszystkiego, zaczął bezczelnie znaczyć swoimi odchodami drogę leniwych wędrówek wzdłuż strumienia, wzdłuż dróg do wodopoju. Jego ekskrementy uważane za nietykalne totemy pstrzyły wioskę niczym setki glinianych kapliczek. Coraz trudniej chodziło się ludziom ścieżkami wokół wioski. Prosta z początku droga ku potokowi zaczęła wydłużać się niemiłosiernie, przypominając zwariowany labirynt pomiędzy kupami ptaka. Smród potężniał, a ptak uwalniał ekskrementy już gdzie popadło. Nie przejmował się niczym. Doszło do tego, że wyżerał z chałup to, co wieśniacy ugotowali na obiad lub upiekli na kolację. Ludzie stawali się cichsi, ich poszarzałe twarze pochylały się coraz niżej.

Któregoś dnia Wielki Ptak zniknął. Jego odchody rozpłukały ulewne deszcze, a czarownik już nigdy nie przywołał jego imienia. Pewne domysły wiązano ze zniknięciem jaspisowego noża czarownika, ale tak naprawdę dla świętego spokoju nikt nie dociekał, co tak naprawdę się stało.

Potok spokojnie szemrał w swoim korycie i zdawało się, że życie w wiosce, tak jak dawniej, toczyło się swoimi utartymi torami. Nikt nie zauważył maleńkich nasionek, które wtopiły się w ziemię w miejscach, w których Wielki Ptak zostawiał swoje odchody. Dopiero porą deszczową, kiedy dawno zapomniano już o wszystkim, kiedy Ptasie Ziele przerosło swoimi kłującymi pędami wszystkie inne rośliny i strzelającymi we wszystkich kierunkach z pękających torebek nasionami obrzuciło każdy najmniejszy kawałek ziemi w wiosce, ludzie zamarli z przerażenia. Wszyscy rzucili się, by w ostatnim akcie desperacji bezskutecznie próbować wyzbierać miliony nasion, ale to był ich ostatni dzień w wiosce. Przezornie, jeszcze nocą, co do jednego wynieśli się w dolinę.

O świcie w miejscu wioski pozostała już tylko nieprzebyta, splątana kępa ostrych jak dziób ptaka liści Ptasiego Ziela, która przy najlżejszym podmuchu wiatru uwalniała odór tak zgniły i potworny, że i zwierzęta z odrazą daleko omijały to miejsce. W pośpiechu ucieczki nikt z mieszkańców wioski nie zawiadomił czarownika nieświadomego zmian, drzemiącego w swojej chacie.

Nikt już później nigdy nie spotkał czarownika. Być może pozostał w wiosce na zawsze uwięziony przez Ptasie Ziele, tak jak on uwięził na zawsze Wielkiego Ptaka. Nikt nie dociekał, czy to, co się stało, było zamierzonym działaniem Wielkiego Ptaka, czy tylko odwiecznym pulsowaniem ziemskiej równowagi, stałą, niepodważalną prawdą przyrody, stałością wschodów i zachodów, przypływów i dopływów, ale co do tego nikt do dziś nie ma pewności. Chyba…


Tak Mario zakończył swoją długą baśń. Nigdy nie podejrzewałem go o takie umiejętności, ale muszę przyznać, że dzisiejszej nocy nie tylko mnie zaskoczył swoją opowieścią.

***


Gwiazdy na niebie przechyliły się już dawno na zachodnią stronę, a my zasłuchani w opowieść zupełnie nie czuliśmy upływu czasu. Zaproponowałem wtedy, byśmy może tę noc spędzili na brzegu, na plaży. Na przywiezionych z jachtu śpiworach ułożyliśmy się kręgiem wokół przygasającego ogniska. Każdy z nas, wpatrując się w czarne, smoliste niebo ponakłuwane tysiącami gwiazdozbiorów, tak nisko w tej okolicy wiszących nad głową, zasypiał ukołysany cichym poszumem morza, rozpamiętując dzisiejszy dzień i tajemniczą noc zaczarowaną opowiadaniem Maria.

Na dalekiej wyspie kiełkowały twarde osty ptasiego ziela, a Wielki ptak szybował nad górami. Trudno nam było odróżnić w ciągu kilku ostatnich godzin rzeczywistość od snu. Noc snuła się nad naszymi głowami niskimi stratusami zbełtanymi z poświatą sinego księżyca. Za chwilę miał wstawać kolejny upalny karaibski dzień, gdzieś w oddali czarne ryby bezszelestnie szybowały nad rafą, żegnając się z księżycem, który rozświetlał im dzisiaj po raz ostatni przy tej pełni bezkres oceanu.





... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2014