Dorsze jak marzenie.


Tajemnica tkwi w sosie i… zdradzę Wam ją pod warunkiem, że rozpowszechniać go będziecie pod nazwa „T-sos”. OK.?

Zatem filety z dorsza, im świeższe, tym lepsze. Koniecznie ze skórą. Mięso lepiej się trzyma takiej osnowy, i nie odpada z pięknie wykrojonych wedle fantazji wzorów. U mnie zwykle są to ukośnie krojone z fileta wąskie romby. Jeśli filety są „kupne”, to po rozmrożeniu, umyciu i osuszeniu czystą ściereczką kroimy ostrym nożem zawsze od strony mięsa.

Posypujemy z obu stron tymi przyprawami, które lubimy do ryb. Sól, pieprz, obowiązkowo. W szafce z przyprawami Macie setki smaków – próbujcie, bawcie się, doświadczajcie, pracujcie nosem i „na nos”.

Teraz „T-sos”. „Wymyśliłem” go ostatnie dnia, pewnego karaibskiego rejsu, kiedy przytrafił się nam na wleczony za jachtem zestaw kolejny spory tuńczyk W kambuzie pustki. Oprócz oleju zostały same gary do zmywania. W rogu szafki znalazłem kilka kawałków świeżego, kupionego na Santa Luci imbiru, dwie limonki i pół paczki masła.

Starłem obrany korzeń/kłącze. Na patelni roztopiłem masło i dodałem papkę imbirową z dodatkiem wyciśniętego soku z limonki. Kiedy spróbowałem go, po lekkim zgęstnieniu w czasie prażenia na patelni, byłem pewien, że ten wynalazek podbije świat. Kiedy wszystko ładnie się w czasie podgrzewania połączy, gorący, jedwabiście lśniący sos wystarczy przecedzić prze sitko (żeby pozbyć się włókien z imbiru).

Proponuję polewać ryby w panierkach i bez, smakuje jak z bajki. W domu stosuję go także do eskalopek.

Wracając do ryby, która sobie chwilę poczekała namaszczona przyprawami. Teraz pędzelkiem smarujemy z lekka obie strony oliwą, - nie za dużo i kładziemy skóra do góry na rozgrzaną patelnie, na której czeka pół na pół - oliwa z masłem (może być olej rzepakowy). Smażymy na rumiany kolor z dwóch stron. Potem podajemy na ciepłych talerzach z T-sosem. Ostrygi i trufle – do kąta! Niech patrzą zawstydzone co na stole…

Smacznego



... mała wstecz


© Tomek Śmigielski 2011