Rękawiczka.


Znów, od samego początku, nadbiegają porównania. Tamtego rejsu i tego. Nawet czas odliczał się inaczej wtedy i teraz. Karaibskie oczekiwanie było absolutną radością, pewnie trochę nieświadomą, dlatego taką ufną. Niepokoje i rozterki były, ale zepchnięte gdzieś głębiej i niedopuszczane. Pomijam oczywiście całą historię z niepewnym wylotem:). Zresztą, jeżeli były, to takie... radosne, typu co TAM zabrać, jak TAM jest. Obawy o ludzi, o załogę pojawiały się, myślałam o tym, ale wtedy chyba jeszcze nie do końca świadomie.

Czekając na bałtycki rejs, podchodziłam już do niego inaczej. Wiele słyszałam o kapryśnym Bałtyku. O tym, że to zupełnie inne żeglowanie niż to leniwe, karaibskie. Ale chciałam spróbować, bardzo. Chociażby przez sentyment, bo zawsze darzyłam nim nasze morze. Wiedziałam, że powinnam przygotować się bardziej "żeglarsko". Próbowałam, ale nie do końca wyszło. Zadziałał splot zdarzeń i okoliczności, i takie trochę myślenie "jakoś będzie". To mój pierwszy powód niepokojów. Czułam się źle przygotowana. Nie jestem perfekcjonistką, ale nie było mi z tym dobrze.

No i najważniejsze. Ludzie. Moje niewytłumaczalne obawy. Przed rokiem, ta obawa gdzieś tylko świtała w głowie. Teraz wiedziałam już, że z moją adaptacją wśród nowych, nieznanych ludzi nie jest najlepiej. Dla mnie samej znowu jest to nie do końca zrozumiałe. Przecież całe życie pracuję z ludźmi, i wśród ludzi. A są przecież sytuacje, kiedy wolę znaleźć się wśród nieznajomych, bo... tak jest łatwiej.

Ale już jesteśmy, zbieramy się w gdyńskiej marinie. Prawie wszyscy, czekamy na Olgę. Jak zwykle trochę rozgardiasz, wiele rzeczy do załatwienia. Pierwsze kontakty, rozmowy. Pomyślałam wtedy: "fajni ludzie, bezpośredni, weseli, nie martw się, będzie ok., może nawet lepiej niż na Karaibach?"

Wieczorem, przy kolacji, podział na wachty, zwyczajowo każdy coś mówi w mesie, przy stole, sam o sobie... Okazuje się, że tylko trzy osoby to adepci na Bałtyku, reszta już obyta, wypływana. To dobrze, ale... Przeganiam natrętną myśl, a raczej wielki znak zapytania: "oni wszyscy tacy w tym dobrzy, pewni siebie, a ja?

Nasz Opal piękny. Co prawda mniejszy i mniej wygodny, ale uroku nikt mu nie odbierze. Z lekkim opóźnieniem, bo dopiero w poniedziałek rano, wypływamy. Spokojne żeglowanie przez Zatokę, mijamy Hel. Pogoda wymarzona, słonecznie, lekko wieje. Miło. Siedzimy chyba wszyscy w kokpicie, na pokładzie, smakujemy pierwszy, morski dzień. Ogarnia mnie ufność, radość, cieszę się słońcem, wiatrem, morzem. Niezbyt długo. Na pełnym już morzu przywiało, zahuśtało. Bałtyk pokazał swój pazur. Niewiele pamiętam z tego, co się działo. Dopadła mnie przypadłość morska, ciężka, powalająca. Po tym jak zasłużyłam na uścisk dłoni Kapitana za pierwsze "koty" za burtę, powaliło mnie w koję i mało wiedziałam o świecie i morzu podczas całej drogi na Olandię. W przebłyskach między snem a jawą, myślałam tylko, że to nie w porządku: „....taka jestem tu bezużyteczna, a inni za mnie...”

Wiedziałam, że to normalna przypadłość i nikt niczemu się nie dziwi. Zewsząd dostrzegałam troskę o siebie... ale wtedy chyba już "pooooszło", jeżeli chodzi o moją marną i tak pewność siebie. Zastanawiałam się nad moja niezrozumiałą reakcją, a raczej jej brakiem. Zamiast wziąć się w garść i zacząć działać wtedy, kiedy już jest lepiej, uciekałam gdzieś w swoje durne "ja" i nie potrafiłam tego przemóc. Myślałam wtedy, że chyba potrzeba mi porządnego kopa, względnie kija. I do roboty. Nie ma litości. Masz robić to, co wszyscy, bez mazgajstwa i skrupułów.

Teraz już wiem, że trzeba wiele się uczyć. Tam, na morzu jest łatwiej, bo widzisz wszystko w praktyce i lepiej ogarniasz. Nasz Bałtyk jest "ruchliwym" morzem, w sensie dużego ruchu statków wszelakich. Światła, znaki to bezwzględna konieczność. Wszyscy o tym wcześniej mówili.

Ale żeby zbytnio nie "malkontencić", to teraz o tym, co wyniosłam z rejsu. Przede wszystkim poznałam nieco ten znajomy i nieznajomy Bałtyk. To, że potrafi zauroczyć, pokazywać dziesiątki swoich twarzy i jednocześnie dać porządnie w kość.

Poznałam żeglarzy z najprawdziwszego zdarzenia. Piotr, Kondzio, Mirek, Iwonka, chylę czoła. To są żeglarze przez ogromne „Ż”. Podziwiam rzetelność i pokorę dla morza, żagli, pływania. Oby mi dane było jeszcze kiedyś doznać przyjemności popłynięcia z nimi, najlepiej z wszystkimi razem

Olbrzymią i oczywistą przyjemnością jest poznawanie nowych miejsc. Olandia, ta którą widziałam, to zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Spokój wśród fal i wichrów, co wydaje się niemożliwe, ale tak właśnie jest. Chciałabym jeszcze kiedyś tam wrócić.

Nauczyłam się też pokory na morzu, tego, że czasem trzeba zrezygnować z czegoś, na czym bardzo zależy i oddać swoje racje morzu. Tak było z Christianso. Nie wyszło. Może następnym razem.

Był taki jeden moment na rejsie, który zostanie we mnie do końca życia. Mieliśmy nocną wachtę, Kondzio, Marek i ja. To ta, kiedy zmarzłam najbardziej w swoim życiu. Było wietrznie, zimno, co chwila dolatywały do nas lodowate bryzgi zza burty. Za sterem Marek. Kondzio w pogotowiu, wszystko ma pod swoją pieczą. I… w pewnym momencie podchodzi do Marka, zdejmuje mu przemoczone rękawiczki i zakłada drugie, ciepłe i suche... Najpierw jedna ręka (drugą Marek trzyma ster w skupieniu wypatrując przed sobą światełek), potem druga... Zupełnie jak małemu dziecku. Oniemiałam z wrażenia. Ile było braterskiej miłości i troski w tym geście!.

Szkoda, że najpiękniej jest zawsze na końcu. Hel, spacer plażą, wspaniały obiad w cudnej knajpce, kapitańskie przepyszne szprotki, dedykacja na pianino dla załogi, „Gold wasser” – naprawdę złota. Włóczęga po mieście z Olgą i Mirkiem, długie rozmowy. I leniwy, nostalgiczny powrót do portu z Iwonką, Piotrem i Mirkiem.

Podróż do Łodzi minęła nie wiadomo kiedy. Szkoda, że nie można było wówczas przedłużyć tego rejsu o chociaż kilka dni. Myślę, że wtedy byłam już na to gotowa.





... mała wstecz