Domniemanie niewinności
Z cyklu „Gładzenie morza”
Wiatr wiał, deszcz padał, rzeki wylewały. Tornada swoim spiralnym ruchem przetaczały się utartym torem z oceanów nad ląd, pustosząc krajobraz niczym wataha buldożerów. Słońce wypalało ziemię, pożary trawiły lasy, śnieżyce łamały gałęzie. Miliardy ton grubej kry, wypluwanej corocznie przez rzeki, zabierały wszystko ze szlaku. Wulkany spopielały swe trawiaste podnóża. Lodowiec prasował tysiące kilometrów ziemi, cofał się i napierał znowu. Ziemskie jądro pulsowało rozedrganymi trzewiami, wachlując się leniwie zmianami pola magnetycznego.
Tak działo się od zarania. Tak dzieje się teraz. I tak dziać się będzie, bo taka jest natura natury.
Jakże inną naturę posiadają dziennikarze, zwłaszcza ci medialni – jak celnie określił ich mistrz Ryszard Kapuściński. Moja żeglarska dusza, straszona wieściami z publikatorów, burzy się niczym ojciec Bałtyk, gdy go trochę dłużej wiatrem smagać. Jakaż wulgarna prostota w podchodzeniu do tematu pogody. Żerowanie na instynktach podstawowych. Bezmyślne powtarzanie wiadomości z serwisów. Ślizganie się po powierzchni prawdy.
Włączam telewizor. Spikerka z oczami wielkimi jak talerze do spaghetti, z głosem niskim, miną marsową, poważną, zatroskaną, targana wewnętrzną tragedią, oznajmia tekstem z promptera, że niespotykanej siły wichura, nazwana dla przestrogi „Tadeusz”, ukryta za rogiem Rozbrat i Fabrycznej, rzuca się na upatrzone ofiary. Najchętniej atakuje staruszki i gromadki przedszkolaków idących do parku po kasztany. Rozrywa marne ciałka, miażdży, gniecie. Uderza brutalnie, jednym, celnym powiewem niczym tępym narzędziem i chyłkiem wycofuje się za wspomniany róg, by mściwie dysząc czekać na kolejne, nieświadome niczego jestestwa. Jakież to bydle z tego zachodniego wiatru. Jakiż to zabójca – ten „Tadeusz”.
Z domu nie wyjdę! O nie! Wiem… on tam na mnie czyha! Instynktownie bronię się przed zagrożeniem i spanikowany rozum podsuwa mi wybawcze rozwiązanie. Greccy obywatele problem braku koni w państwie rozwiązali jednym głosowaniem, uchwalając, że od tej pory osły to konie. Ich wzorem przegłosujmy jakąś ustawę o zakazie wiania wiatru powyżej 30 km/h w terenie występowania telewizorów… Hm… poustawia się takie tabliczki i będzie spokój.
– Szalejący huragan zabił cztery kolejne ofiary. Dziesiątki niewinnych, osieroconych istotek bez dachu nad główkami marznie… Dociera do mnie, że to już recydywa, co ten „Tadeusz” wyrabia.
– Powódź znienacka utopiła dwie osoby w Lubuskiem. Bałwany atakują na wybrzeżu… Upał ścina białko… Dziura ozonowa… Halny znów nachalny… Piorun strzelił w miotłę… Spadająca gałąź…
Dosyć! Proszę wysokiego sądu, a… co z domniemaniem niewinności? Skoro tak formułowane są doniesienia medialne, żądam, by natychmiast, za każdym razem o zbrodni powiadamiany był prokurator. A… może to jest ścigane z urzędu?
Do dzisiaj, wśród lawiny błotnej, słotnej i ulotnej upiornych wiadomości z publikatorów, donoszących o poczynaniach niejakiej pogody, tylko raz wysłuchałem rzetelnej informacji o huraganowych wiatrach nad Polską. O huraganowych, a nie o huraganie, bo to zupełnie inna bajka.
Co zrobić z głupotą, która buduje swoje pałace na terenach zalewowych z definicji przeznaczonych na podtopienia – i nie mówię tu o tych „odważnych”, co swoje domki letniskowe stawiają po drugiej stronie wałów przeciwpowodziowych, od strony rzeki (sic!). Co z drogowcami, którzy – jak co roku – zaskoczą zimę solą i piaskiem prosto w oczy, jakby ta pora roku w naszych szerokościach nigdy w styczniu się nie trafiała.
Żeglowanie to między innymi wspieranie się na wiedzy tajemnej z chmur odczytanej. Taki „yahtsmen” popatrzy w niebo, paluch poślini, wystawi w górę i idzie do pubu na piwo, bo wie, że w morze nie ma co – będzie wiało na fest. Zatem sami uczmy się przewidywać pogodę. Zgłębiajmy zasady działania wyżów, niżów, globalnej cyrkulacji powietrza. Pogódźmy się z tym, że w chmurnym scenariuszu rozpisanym przez naszą matkę Ziemię od ludzi tak naprawdę niewiele zależy. No i częściej stosujmy chytry manewr – „rufą do wiatru”!
Dobrze wiem – i dzięki temu zasypiam spokojnie – że gwałtowne zmiany klimatyczne mnie nie dotkną, nie będą także dotyczyły moich dzieci i dzieci moich dzieci. Są mierzone dziesiątkami tysięcy lat, a nie porami nadawania dzienników.
Proponuję, by komunikaty o stanie pogody podawać uśrednione z trzech kolejnych dni. To już wystarczy, by pokazać, ile medialnej paniki poutykano w newsach, i nie droczmy się o to, że właśnie zabrakło przysłowiowych psów pogryzionych przez człowieka.
Chylę głowę przed redaktorem Andrzejem Zalewskim, radiowcem o niezwykłej, holistycznej kompetencji meteorologicznej. Ogarniającym nasz ziemski homeostat realnie, globalnie, rzetelnie – inaczej niż w telewizyjnych serwisach pogodowych, gdzie razem z trywialnym deszczykiem zakraplany jest strach. Ziółka może jakieś w news roomach, melisę radzę… zanim na wizję kto pospieszy.
Jaka prognoza pogody sprawdza się najczęściej? Jutro będzie tak jak dzisiaj. Proszę sobie w wolnej chwili sprawdzić.