Morskość wątroby  

Z serii - "Gładzenie morza"

Tej jesieni październikowe wiatry nie były nam przychylne. Nie były przychylne wszystkim po naszej, południowej stronie Bałtyku. Urządziły sobie dmuchawisko do 11 stopni. Pilnie wsłuchując się w komunikaty z Witowa rozważaliśmy, że być może dopłynęlibyśmy, i to szybko pod szwedzki brzeg tak jak planowaliśmy, ale wrócić na czas… to już problem. Jacht wyczarterowaliśmy tylko na tydzień. To nasz ostatni rejs w sezonie. Tak więc chcąc nie chcąc „kucnęliśmy” w Jastarni, by móc żeglować choć po zatoce, gdyby Neptun odpuścił. Niestety. Kolejny dzień spędzamy, przemierzając wszystkie zakamarki niewielkiej Jastarni. Dla zmiany „klimatu” postanawiamy pojechać kolejką do Helu.

– To „rzut beretem”, i fokarium jest, i może ktoś znajomy stoi w porcie, i węgorz dobry z patelni… – argumentowała Załoga.

Wszystkim spodobał się ten pomysł. Po godzinie już wysiadaliśmy z pociągu w Helu. Najpierw odwiedziliśmy nasze polskie, udomowione morskie ssaki.

Foki w Helskim Fokarium wesoło śmigały w wodzie u stóp opiekuna, który rozpoczynał codzienne karmienie. Śledzie i inne mniejsze rybki połykane w zawrotnym tempie co chwila znikały w wąsiastych pyskach. Idylliczny widoczek obserwowany przez zwiedzających zakłócał duży, kolorowy fotogram, zdjęcie tego, co znaleziono w żołądku jednej z mieszkających tu fok. Wśród stosu bilonu różnej wartości i kraju pochodzenia odszukałem nawet platsikowy, żółty pieniążek – starą pięciozłotówkę – tę z rybakiem… Oczywiście wydźwięk tego obrazka jest jednoznaczny i czytelny. Człowiek morzu szkodzi!

Gdy załoga leniwie przyglądała się ich basenowym igraszkom, przez nieodłączną lornetkę spoglądałem w stronę portu. Zaciekawiony niespotykanym widokiem, już nie interesowałem się zwinnymi fokami, tylko zdumiony wpatrywałem się w szkła, by zrozumieć to, co działo się w porcie.

Jeden z masztów stojących tam jachtów kiwał się niczym spracowany w ciężkim sztormie drzewiec. Oczami wyobraźni widziałem jacht mozolnie pracujący na fali, co chwila wspinający się na jej czubek, by za sekundę ześlizgiwać się w dolinę. Przechyły dochodziły do czterdziestu stopni na każdą z burt. – Nieźle się chłopaki bawią, kołysząc na wantach – pomyślałem wtedy, bo tylko takie rozwiązanie zagadki przychodziło mi do głowy.

Rzeczywiście, wśród innych masztów dostojnie kiwających się na portowej fali wyglądało to całkiem zabawnie.

Kiedy przez obrotowe bramki wychodziliśmy z fokarium, udało mi się namówić załogę na zmianę planów, tak by od razu iść do portu, a dopiero potem na „rybkę”. Do przystani doszliśmy dosyć szybko.

Potworny rozkołys w basenie jachtowym (to temat na osobne rozważania) tarmosił cumami jachtów. Dwie stalowe „Jotki” obłożone wszystkimi możliwymi cumami, z precyzyjnie wystawionymi odbijaczami bujały się miarowo, bezpiecznie, za to „Opal” szarpał się w dużych przechyłach na nieumiejętnie albo niechlujnie założonych cumach, grożąc roztrzaskaniem delikatnej drewnianej burty o nadbrzeże. Bałagan na pokładzie, bez sensu rozłożone odbijacze, niezabezpieczony osprzęt turlał się po jasnym teaku, bomy nieściągnięte taliami młóciły pustą przestrzeń niczym rozjuszone cepy. Jednym słowem horror!

– Trzeba to natychmiast poprawić – pomyślałem, – gdzie załoga, zeszła z jachtu?

Gdy podszedłem bliżej, okazało się, że załoga właściwie jest na jachcie, tylko przebywa w… odmiennym stanie świadomości.

Podszedłem do grupki żeglarzy stojących tuż obok „zalanego” jachtu. Usłyszałem, jak namawiają jednego z bardziej „zanietrzeźwionych” pełzających po pokładzie, by zszedł do swojej koi, która go przygarnie jak matka, ukołysze, uspokoi, ukoi – jak to koja. Uparciuch nie dawał się przekonać. Całkowicie zdeterminowany resztkami żeglarskiego obowiązku pętał supły na linie odbijacza całkiem bez składu i ładu.

Pozostałe dwie osoby załogi z dziwnym, zamyślonym wyrazem twarzy trwały kurczowo wczepione rękoma w wanty. Znając różne kolory żeglarskich twarzy, odmienne stany żeglarskiego zadumania i skupienia, spodziewałem się standardowych reakcji organizmu lada chwila. Razem, już w kilka osób, perswadowaliśmy „zmęczonej” załodze, by obudzili kapitana i jakoś razem może uda się nam zabezpieczyć jacht. Bełkotliwe wypowiedzi i niechęć współpracy, bo ich kapitan – jak sami mówili – „nic nie rozkazał”, zniechęciły mnie całkiem.

Postanowiłem wycofać się z tej sytuacji. Trochę współczułem temu, który w niewiadomym celu pełzł z linami po deku, bo to, co musiało się dziać pod pokładem, w dodatku w stanie kompletnego zmęczenia błędnika, musiało być niezłym piekłem. Nie myślałem wtedy o jego zmasakrowanej wątrobie, bałem się raczej o to, żeby nie rozbił sobie głowy. Myślałem o konsekwencjach naszych ewentualnych działań zabezpieczających ten jacht wykonanych poza świadomością jego kapitana. O tym też przestałem myśleć, gdy po większym bujnięciu po prostu wyrzuciło wędrującego żeglarza w powietrze – pomiędzy rozkołysaną burtę, a twarde nadbrzeże. Kapitan z drugiej „Jotki” wykazał się nie lada refleksem, w okamgnieniu wyciągając skąpanego po pas delikwenta spomiędzy niebezpiecznych pali.

Wtedy podjąłem decyzję. Zapukałem w burtę jachtu stojącego tuż obok i zapytałem, czy mogę skorzystać z radia. Rozespany kapitan spytał, o co chodzi, i gdy szybko streściłem mu sytuację, włączył UKF-kę. Wywołałem bosmanat. W krótkich, żeglarskich słowach opisałem to, co działo się przed chwilą, co stanowiło zagrożenie dla ludzi i jachtu. Pani bosman, z którą rozmawiałem, obiecała przybyć na keję niebawem i osobiście ocenić sytuację.

– Tacy z was koledzy?! – syknął z dezaprobatą przez zęby kapitan od ukaefki, kończąc tę niezbyt zaangażowaną rozmowę. Naciągnął śpiwór na głowę i nie przejmując się zbytnio sprawą, odwrócił się do mnie plecami. W takiej sytuacji już nie chciało mi się opowiadać o tym, co wydarzyło się na odległość cumy od jego jachtu.

Wyszedłem na brzeg. W samą porę, bo uparty żeglarz z rozkołysanej łódki ponownie wypełzł na czworakach na pokład. Nieźle zdenerwowany kapitan, który wyciągnął go przed chwilą z wody, użerał się z nim znowu. Wszedłem na pokład i razem perswadowaliśmy pomysł „żeglowania” w takim stanie. Właśnie zdołaliśmy ponownie upchnąć przemoczonego „żuczka” pod pokład, gdy na kei pojawiła się Pani Bosman. Szybko zsiadła z roweru i jednym spojrzeniem ogarnęła całą sytuację. Wiedziona chyba kobiecą, a może bosmańską intuicją, spytała mnie, czy to właśnie ze mną rozmawiała przez radio. Jeszcze raz podałem jej swoje „namiary” i czując się zwolniony odpowiedzialności, odwróciłem się na pięcie, by zejść z nie swojej wachty i wreszcie zaliczyć w knajpce gdzieś na spokojnym brzegu wspomnianego wcześniej węgorza.

Przeciskałem się przez grupę posezonowych turystów przyglądających się z bezpiecznej odległości tym żeglarskim igraszkom. Wymowny to był widok. Turyści posłusznie stali tuż za biało-czerwonym łańcuchem odgradzającym ogólnie dostępną keję od miejsca dla żeglarzy i chłonęli ową sportową atmosferę wypiekami na twarzy, a może nawet zazdrością w sercu – ech, choć raz tak zostać żeglarzem...

Dwa dni później, gdy zdawałem w Gdyni jacht, zadzwoniłem do pani Bosman, by dowiedzieć się, jak sprawa potoczyła się dalej. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że po jej interwencji całą załogę łącznie z kapitanem wykwaterowano z łajby do hotelu, zatrzymano kartę bezpieczeństwa jachtu i poczekano… aż sztorm ucichnie.

Czego nauczyłem się w trakcie tego „nieudanego” rejsu do Szwecji? Na pewno tego, że odpowiedzialność kapitana nie kończy się, gdy szczęśliwie dopłynie do celu, nie wtedy, gdy jacht mija główki portu i nawet nie wtedy, gdy już przy kei kiwa się na cumach. Myślę, że można odetchnąć dopiero, gdy wyokrętowana załoga stoi na brzegu, a jacht jest przekazany armatorowi lub kolejnemu kapitanowi z uwagami o jego stanie i dzielności morskiej. Tak, dopiero wtedy można odpalić ulubione cygaro i coś z kryształowej szklaneczki wysączyć z umiarem. No dobrze, a co, drogi Kapitanie, zrobić z odpowiedzialnością, gdy jesteś już po rejsie, zrelaksowany włóczysz się po porcie i widzisz to, co ja zobaczyłem w Helu?

Nie trzeba sześciu lat studiowania medycyny, by wiedzieć, że „morskość” wątroby szkodzi. Szkodzi lokalnie, za to z globalnym zasięgiem. Szkodzi ciału, duszy, załodze, kadłubowi, linom i żaglom. Nie tylko właścicielowi owej wątroby szkodzi. Szkodzi wszystkim tym, którym zależy na pozytywnym wizerunku żeglarstwa, w końcu szkodzi morzu widzianemu poprzez pryzmat zalanych żeglarzy.

Już chyba lepiej być zalewanym przez morskie fale, o smaku lekko słonym, doprawionym pianą, z filuterną nutką rybiego zapachu, co impregnuje, hartuje i zabezpiecza przed głupimi pomysłami… chyba.